Włochy, Monako, Francja – wiatr w oczy

ZDJĘCIA TUTAJ!

Nie było wątpliwości – po takiej przeprawie przez góry i we wszechogarniającej wakacyjnej atmosferze musiała zapaść ta decyzja: dzień odpoczynku! W miejscowości Spotorno (której nazwa prawdopodobnie zupełnie przypadkowo jest anagramem „Stop or no(t)?”) odrobinę głębiej niż zwykle zapuściliśmy śledzie namiotu. Miasto rozpieszczało nas posezonową atmosferą, a czas upływał nam wybornie – dwa leżaki na prawie pustej plaży, pizza, kawka, wino… zasłużony odpoczynek!
Zdziwieni byliśmy, że przeżywający prawdopodobnie latem najazd turystów kurort tak wiele zachował naturalności. W ludziach nie widać zmęczenia turystami, w każdym sklepie przy zakupach mała pogawędka (stworzony przez nas na potrzebę podróży po Włoszech język włosko-angielsko-łaciński wystarcza już na wymianę kilku zdań).
Tego, jak Włosi kochają rowery, nie dało się nie zauważyć. Powoli zaczynamy odnosić ważenie, że podróżującego rowerzystę jakaś tradycja tutejsza nakazuje pozdrowić i obdarować. Nieznajomi kupują nam owoce na targu, na kempingu sąsiedzi przynoszą smakołyki, panie w warzywniakach dają gratisy – im dłużej jedziemy przez ten kraj, tym bardziej zwalniamy, aby włoska przygoda trwała jak najdłużej. Do tego przyszło nam teraz w takiej scenerii, że każde miejsce wydaje się idealne na chwilę odpoczynku, kontemplacji i pocztówkowe zdjęcie.
Szosa leniwie wije się po poszarpanym brzegu. W dole instynkt plażowicza rozbudza falujący błękit, w górze ozdobione winogronami skaliste brzegi osłaniają przed palącym słońcem, tworząc przyjemny cień. W każdym miasteczku silne pole magnetyczne wykazują kawiarenki (kawa za €0,80), foccacherie i uzależniające gelaterie. Dodatkowo na drodze ustawiono zasieki z owocujących w nadmiarze drzew figowych. W takich warunkach rowerzysta mozoli się i trudzi, by jechać naprzód.
Naszych dietetyków pragniemy poinformować, że zmieniliśmy naszą polową dietę: oparte na kotletach sojowych pomidorarze zastąpiliśmy gnocchi w sosach z różnorakich, nieprawidłowo rozcieńczonych zup w proszku. Ze zdziwieniem spostrzegliśmy (nałogowo czytając składy wszystkiego), że przetworzone produkty we Włoszech nie mają konserwantów. Prawdopodobnie to jakaś tajemna, nieznana polskim producentom żywności technologia albo po prostu oszustwo, bo „każdy przy zdrowych zmysłach wie, że zupa w proszku składa się z E”. Sakwa kuchenna powoli zaczyna przypominać wigilijną lodówkę: nowe przyprawy, oliwa, miód, sery, pasty słodkie i słone, orzechy, muesli, mleko sojowe, puszki z cieciorką i soczewicą. Jesteśmy przygotowani na nagły kryzys branży spożywczej, bądźcie spokojni!
Nasz pobyt we Włoszech spięła klamra atmosferyczna – tak jak pierwszego, tak i ostatniego dnia niebo płakało. Z deszczowej zadumy wyrwało nas radosne przywitanie mijającego nas rowerzysty. Alexander, przemiły Szwed, podróżuje na rowerze dookoła świata, zbierając pieniądze dla fundacji walczącej z rakiem oraz na konserwację obszarów morskich (strona Alexandra). Przez rok pracował w Szwecji na poczcie i dorabiał jako taksówkarz, aby zrealizować swoje marzenie. Teraz spełniony pedałuje przed siebie, na liczniku już ponad 8000 km. Umówiliśmy się na spotkanie w Monako, lecz deszcz, przed którym Alexandrowi udało się uciec spowolnił nas na tyle, że spóźniliśmy się dwie godziny. Mimo to zostaliśmy przywitani z uśmiechem i poinformowani, że nic się nie stało. Przeszliśmy się wspólnie do kasyna, pospacerowaliśmy po marinie i zjedliśmy lody, aby uczcić powrót słońca.
W kasynie w Monako po raz kolejny udało nam się wygrać (€4). Poprzednia hazardowa wygrana miała miejsce w Makao… Las Vegas, miej się na baczności, nadchodzimy!
Z Monako wieczorem udaliśmy się do Nicei, gdzie czekał na nas gospodarz z Couchsurfingu. Tobias na co dzień pracuje w finansach w Monachium, ale przyjechał do Francji na kurs językowy. Mieszkał w malutkim mieszkanku, którym zdecydował się z nami podzielić. Po wstawieniu do kawalerki rowerów i zdjęciu wszystkich sakw oraz worków zabrakło miejsca dla ludzi, więc poszliśmy na piwo na plażę.
Dzień odpoczynku w Nicei minął nam na zwiedzaniu, rozwiązywaniu problemów świata i poszukiwaniu taniej pizzy.
Z Nicei fantastyczna ścieżka przy morzu doprowadziła nas (z przerwami na kąpiel) do Cannes. Tam ze smutkiem stwierdziliśmy brak czerwonego dywanu, więc po wypiciu super zimnego (tak zimnego, że przeziębiło nam Ewę) smoothie i wejściu na wzgórze zamkowe pomknęliśmy dalej. Tutaj Matka Natura zafundowała nam jeszcze piękniejsze niż przedtem nadmorskie krajobrazu. Na miejscu „zwykłych” skał opadających do morza, pojawiły się wyższe o intensywnej czerwonej barwie przypominającej (nawet tym, co nie byli) pustynie Nevady. Dodatkowo Bozia podkręciła jeszcze nasycenie błękitu morza i zieleni roślinności.
Dochodzą nas słuchy, że w naszych opowieściach dużo miejsca poświęcamy spożywanym trunkom. Jeśli faktycznie maluje się obraz wycieczki zakrapianej, pragniemy uspokoić, że jest on zakłamany! Pedałowanie w upale z piciem alkoholu łączy się słabo, a dowody na to zbieraliśmy wielokrotnie po spritzu we Włoszech czy degustacji wina w jednej z wielu winiarni, które odwiedziliśmy…
Mimo niewątpliwego uroku Lazurowego Wybrzeża zdecydowaliśmy się odbić trochę w głąb lądu, aby zakosztować odrobinę prawdziwej Francji z dala od ruchu turystycznego. Gdy tylko odjechaliśmy od morza zaczęło robić się niepokojąco wietrznie i zimno. GPS wskazywał, że jesteśmy na południu Francji, kalendarz, że jest wrzesień, więc niby powinno być ciepło, a tu co? Odpowiedź znaleźliśmy dość szybko w nazwie jednej z mijanych restauracji – mistral. Słynny wiatr z delikatnym falstartem zaczął już swoje jesienne harce. Z prędkością przekraczającą 40 km/h wiał nam prosto w twarz – mimo naciskania na pedały z całej siły mieliśmy wrażenie, że stoimy w miejscu. Spostrzeżenia mogliśmy wymieniać tylko na przystankach, bo wiało tak mocno, że nie dało się rozmawiać. I tak kilka dni z rzędu. Nasza cierpliwość została wystawiona na wielką próbę. Jedyne co utrzymywało nas przy pedałowaniu to malownicze, surowe krajobrazy Alp Nadmorskich.
Francuskie wsie zdominowane są przez rolnictwo wielkoobszarowe. Próżno tam szukać rolnika, który przygarnie strudzonego kolarza na swoje pole. Musieliśmy zatem w tej części podróży zrezygnować z tak lubianych przez nas wieczornych spotkań i rozmów z ludźmi. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przez gościnność, którą byliśmy otaczani od początku wyprawy prawie zapomnieliśmy uroku rozbijania namiotu „na dziko”. We Francji próbowaliśmy tego w najróżniejszych formach – na terenie kompleksu sportowego, praktycznie na murawie stadionu czy na wzniesieniu oferującym zapierający dech w piersiach widok na góry i ukrytym przed oczami ciekawskich.
Jednego wieczora miała miejsce przedziwna sytuacja. Gdy zapadał zmrok i już mieliśmy rozbijać namiot w wydawałoby się bezpiecznym miejscu, tuż przy polanie, na której planowaliśmy spędzić noc, zatrzymał się samochód.
- No to cześć!
- Wyjmie giwerę i po nas…
Nie musieliśmy czekać długo, aby nasze żarty się zmaterializowały. W półmroku obserwowaliśmy, jak zbliża się do nas mężczyzna ze strzelbą. Na szczęście lata spędzone na gdańskich blokowiskach musiały uczynić nasze sylwetki na tyle budzącymi respekt, że gdy tylko mężczyzna zobaczył nas, odwrócił się, wrócił do samochodu i odjechał. Rozbiliśmy więc namiot i poszliśmy spać (zastanawiając się oczywiście przed snem, czy nie złoży nam w nocy ponownej wizyty).
Jakimś dziwnym zygzakiem dojechaliśmy znów do morza, by spostrzec, że wybrzeże straciło cały swój urok. W miejscu czerwonych skał pojawiły pojawiły się płaskie obszary przemysłowe, nadmorską promenadę zastąpiła droga krajowa z ograniczeniem prędkości do 110 km/h i liczbą TIRów przerażającą nawet tych, którzy przytulali się do nich na szosach już niejednego kraju. Wiatr nie ustał, ciągle zimno. W średnich humorach zwiedzaliśmy portowe okolice Marsylii.
Szczyptę różowego optymizmu wnosiły jedynie przypominające znaki zapytania sylwetki flamingów, które dziesiątkami obsiadały podmokłe tereny oraz płytkie jeziora i zajadały się w najlepsze wodnymi żyjątkami, jakby cały ten przemysłowy rozgardiasz w ogóle ich nie obchodził.
Wiatr nie dawał za wygraną, my również. W pewnym momencie po płaskim terenie poruszaliśmy się z zawrotną prędkością nieprzekraczającą 6-7 km/h. Podczas przerw gotowanie było niemal niemożliwe – wiatr zwiewał nam nawet kubki i garnki, utrzymywanie ognia graniczyło z cudem nawet po umieszczeniu palnika przy ścianie i osłonięciu go karimatą. Wiatr zdawał się przeczyć prawom fizyki – przenikał ciała stałe , wirował i zakręcał na wszelkie sposoby, aby jak najskuteczniej wybić nam z głowy dalszą jazdę.
Podróżowanie na rowerze na długich dystansach to jednak świetna szkoła cierpliwości. Człowiek zdany jest na bądź co bądź wolny środek transportu i narażony na przeróżne psikusy ze strony pogody czy ukształtowania terenu. Początkowe zdenerwowanie mija po kilku godzinach. Gdy pod wiatr jedzie się już trzysta kilometrów ogarnia człowieka dziwny spokój, że to wszystko minie i kwestią kilku (lub kilkunastu) dni jest zmiana na lepsze…
Mając za sobą takie doświadczenia, jesteśmy o mały kroczek bliżej zgłębienia uczuć Kazimierza Nowaka zmagającego się z piaskami Sahary czy usłaną cierniami kongijską dżunglą. Oczywiście nasze przejażdżki turystyczne nijak mają się do prawdopodobnie najtrudniejszego w historii wyzwania rowerowego, jakiego podjął się poznaniak, ale mechanizm niemyślenia o przeciwnościach losu i koncentrowania się tylko na następnym naciśnięciu na pedał i mozolnego przybliżania się do celu w ślimaczym tempie stał się nam dużo bliższy.
Mniej więcej w okolicach Arles otoczenie zaczęło nabierać uroku i… nieco kowbojskiej atmosfery. Na wielkich przestrzeniach pasły się półdzikie czarne byki i białe konie wykorzystywane do bezkrwawej (niemniej mało wegetariańskiej) odmiany korridy będącej atrakcją regionu Camargue. Nierzadki był również widok Francuza w kowbojskim kapeluszu, więc z trudem poskramialiśmy cisnące się na usta howdy i zastępowaliśmy je bonjour.
W Arles okazało się, że po Van Goghu, który w tym właśnie miejscu tworzył najwięcej, zostały tylko nazwy restauracji i hoteli, więc po wypiciu kawy i zjedzeniu croissanta ruszyliśmy ku morzu przez podmokłe, poprzecinane kanalikami i nakrapiane jeziorami tereny delty Rodanu. Stopniowo teksańskie wibracje zaczęły zanikać i trafiliśmy na wyborną ścieżkę rowerową prowadzącą (pod wiatr) wzdłuż szerokich ciągnących się kilometrami piaszczystych plaż. W tak wakacyjnym otoczeniu (nie mylić z wakacyjną pogodą!) praktycznie niezauważając już wiatru i depczącej nam po piętach jesieni, dotarliśmy do Sete, gdzie postanowiliśmy dać nogom dzień przerwy od pedałowania. Działo się tam wiele, był nawet pojedynek na lance na wodzie, ale o tym później.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Francja, Monako, Włochy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Włochy, Monako, Francja – wiatr w oczy

  1. Gosia pisze:

    składam protest , napisałam w poprzednim wpisie wielce interesujący komentarz , którego nie widać ;)
    Zdjęcia macie jak zawsze piękne a opisy zdjęć …;)
    Ewka piekę teraz muffiny żytnie z jabłkami , prześlę zdjęcia abyście mogli też czegoś w końcu mi zazdrościć

  2. dziadek pisze:

    Z niecierpliwoscia czekam na wiesci z Hiszpani i Maroka.

  3. Ciotka Danka pisze:

    W opisie pojawiła się nazwa „psikusy” :) miło,że pamiętacie o nas:)
    och jak chciałabym być z Wami…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>