Malezja – o tym, jak ciastka powaliły imperium mongolskie i o kilku innych sprawach

Jeżeli rajem można określić miejsca, w których stołowanie się w knajpach jest tańsze, niż gotowanie w domu, w których przy zwyczajnej pensji można wynająć dom z ogrodem lub apartament z basenem, w których cały rok jest ciepło, a deszczowe dni wita się z ulgą i wreszcie, w których kontrolerzy biletów są uśmiechnięci i nie kłopoczą kontrolą śpiących pasażerów, to Kuala Lumpur ze spokojnym sumieniem możemy do takich miejsc zaliczyć. Małym druczkiem opisalibyśmy jedynie pierwszy punkt: oczywiście nie wszędzie w mieście można zjeść za pół darmo. Miłośnicy niskobudżetowej lokalnej kuchni powinni wybierać miejsca „pod chmurką” – w całym KL (jak wszyscy tu skracają nazwę miasta) jest ich pewnie setki. Jedno z naszych ulubionych, tuż przy naszym domu, serwuje dosę – placek z soczewicy i ryżu podawany z aromatycznymi sosami curry i czatnejem na bazie kokosa – za jedynego ringgita (w czasie pisania postu około 97 groszy). Do tego za kolejnego ringgita można zamówić teh tarikh – herbatę ze słodkim mlekiem i delikatnym, korzennym aromatem i kolacja gotowa. Obiady są nieco bardziej kosztowne – za 4-5 ringgitów można zakupić posiłek w systemie nielimitowanych dokładek, składający się z ryżu i różnego rodzaju sosów (w zależności od miejsca od trzech do nawet dwunastu). Curry z kwiatów bananowca, marynowane tofu czy grzybowo-sojowe przysmaki z ziołami i egzotycznymi warzywami brzmią jak wytworne dania dla koneserów, ale ich także można skosztować w odpowiednich miejscach za nie więcej niż 5-6 ringgitów.
W sierpniu w Kuala Lumpur miały miejsce dwa bardzo ważne religijne wydarzenia związane z siódmym miesiącem księżycowym: Ramadan oraz chińskie święto głodnych duchów. Jeszcze na poprzedniej podróży nasłuchaliśmy się od różnych turystów bardzo ciekawych historii o podróżowaniu w krajach muzułmańskich w czasie Ramadanu. Mówiono nam, że kierowcy autobusów niemal mdleją z głodu na długich, międzymiastowych trasach, że wszyscy mają nerwy na wierzchu i na domiar złego wszystkim brzydko pachnie z ust, bo prawdziwy muzułmanin od wschodu do zachodu słońca nie może nic włożyć do ust, a tyczy się to również gumy do żucia i pasty do zębów. Ba, najzagorzalsi ponoć nie łykają nawet śliny.
Jak wygląda to w praktyce u wszystkich muzułmanów oczywiście nie wiemy, ale możemy przytoczyć przykład jednej ze znajomych w naszym wieku, która jest muzułmanką i zadeklarowała, że będzie pościć w Ramadanie. Przez pierwsze kilka dni nie pościła, gdyż miała okres – kobiety w trakcie okresu, dzieci i ludzie chorzy pościć nie muszą. Potem nastąpiło kilka dni przepisowego postu, ale później, zazwyczaj wczesnym popołudniem, pokusy brały górę i nieszczęśnica zapalała papierosa lub wypijała kawę. W jej odczuciu wciąż pościła, chociaż nie w 100%. Należy tutaj zaznaczyć, że uprawiane przez nas właśnie wchodzenie z butami w czyjeś religijne postanowienia muzułmaninowi nie przystoi. Jedną z głównych i powszechnie szanowanych reguł islamu jest zasada nieoceniania bliźniego i nieinteresowania się jego relacjami z Allachem.
Około godziny 18 muezin wzywając do modlitwy, dawał również znak, że słońce już zaszło i można zasiadać do stołu. Wszyscy nagle sięgali do toreb i plecaków po przekąski, kupowali co bądź w sklepach spożywczych lub pędzili na kolacje ze znajomymi i rodziną.
Byliśmy pełni podziwu dla tych najściślej przestrzegających postu: niejedzenie może nie jest aż tak uciążliwe, jednak odmawianie sobie szklanki wody przy 35 stopniowym upale to prawdziwe poświęcenie. My postu nie przestrzegaliśmy, ale świąteczną atmosferę czuliśmy mimo wszystko. Gdzie nie spojrzeć paliły się kolorowe lampki, wszystko było przyozdobione plecionkami z wikliny i kolorowego papieru, zewsząd wołał napis „Hari Raya” – w dosłownym tłumaczeniu wielki dzień. Jest to dwudniowe podsumowanie Ramadanu, podczas którego w każdym domu gotuje się wykwintne potrawy i zaprasza wszystkich znajomych. Panuje podobna do naszej wigilijnej tradycja – tego dnia muzułmanie przyjmują w swe progi każdego, kto zechce przyjść i się najeść, nawet jeżeli pierwszy raz widzą go na oczy. Domy premiera i innych oficjeli także są otwarte. W tym roku premier Malezji (według jednego z tutejszych dzienników) przyjął około 200.000 gości. Każdy dostał poczęstunek i mały prezent.
Równolegle z Ramadanem Chińczycy celebrowali miesiąc głodnych duchów. Według nich siódmy miesiąc księżycowy szczególnie stymuluje duchy do odwiedzania ziemskiego padołu i przeszkadzania ludziom. Aby uniknąć nieprzyjemnych spotkań z istotami z zaświatów Chińczycy co wieczór wystrzelali fajerwerki zostawiali dary w postaci jedzenia, picia, świeczek i kadzideł w różnych miejscach. Przechadzając się po dzielnicy, można było odnieść wrażenie, że miał mieć miejsce festiwal nocnego piknikowania, ale wszyscy uczestnicy uciekli jeszcze przed ucztą: ryże z kurczakiem, makarony, Coca-Cola i piwo z wetkniętymi słomkami i przygotowanymi sztućcami w nastrojowym otoczeniu świec czekały na trawie na pożarcie przez duchy. Te z kolei albo posilały się jedynie metafizyczną częścią owych darów, albo przychodziły pod postacią bezpańskich zwierząt, albo były przez te zwierzęta świętokradzko ubiegane.
Mieliśmy przyjemność obchodzić jeszcze jedno chińskie święto związane z księżycowymi ciasteczkami (z angielskiego Moon Cakes). Owe ciasteczka w czasie konfliktu chińsko-mongolskiego odegrały niebagatelną rolę. W zupełnie tajny sposób pomagały przenosić zaszyfrowane informacje. Każde kwadratowe ciasto opatrzone chińskimi znakami można podzielić na równe ćwiartki. Wtajemniczeni dzielili w ten sposób kilka ciastek, następnie układając ćwiartki w sobie tylko znanej konfiguracji, odszyfrowując tym samym tajny przekaz. Święto w dzisiejszych czasach sprowadza się głównie do najprzyjemniejszej części, mianowicie spożywania tychże ciastek (lub jeżeli ktoś woli: zacierania śladów konspiracji).
W chwili pisania postu jesteśmy w przede dniu święta Deepavali, najważniejszego dla Hindusów. Po Chińczykach (ponad 30%) to druga co do wielkości mniejszość w Malezji (8%), więc zapowiadają się huczne obchody. Te jednak opiszemy w kolejnym poście, razem z innymi przeżyciami z Kuala Lumpur, którymi chcielibyśmy się podzielić.

Opublikowano Malezja | 6 komentarzy

Nepal i Malezja – u progu nowego życia

Po trekkingu przyszedł czas na intensywny wysiłek umysłowy: co dalej? Chcieliśmy zatrzymać się gdzieś na dłużej, odpocząć przed dalszą podróżą i podreperować budżet. Pokhara była dobrym miejscem do rozmyślań – mieliśmy stały dostęp do Internetu, przytulny pokój i ogromny wybór miejsc na pikniki, podczas których konsumowaliśmy własnoręcznie zrobione kanapki i inne przysmaki, przy okazji rozmyślając o naszych planach. Jeszcze przed wyjazdem z Polski rozważaliśmy dłuższy przystanek w Chinach, gdzie ponoć praca dla nauczycieli angielskiego leży na ulicy. Ale oczywiście, żeby utrudnić sobie zadanie, zaczęliśmy brać pod uwagę także inne kierunki, głównie Australię i Malezję. Australia kusiła nas fortuną zbitą na prostych pracach (nawet Niemcy jeżdżą tam zbierać szparagi!), z kolei stolicę Malezji zapamiętaliśmy jako najbardziej standardem życia zbliżoną do Europy, a jego kosztami zdecydowanie do Azji.
Po rozesłaniu kilku e-maili rozpoznawczych z zapytaniem o możliwość pracy Ewa dostała kilka bardzo zachęcających odpowiedzi z Kuala Lumpur, więc wybór padł na Malezję, mimo głosów od lokalnej Polonii sugerujących, że jechanie „w ciemno” i znalezienie czegoś do „mission impossible”. I niech Czytelnik nie myśli, że podjęcie decyzji przyszło nam tak łatwo. Cały proces streszczamy co prawda w kilku zdaniach, ale nie był on bułką z masłem. Do podjęcia decyzji potrzebnych było kilka pikników i kilkanaście kanapek z serem!
Po zabukowaniu biletu (rozważaliśmy drogę lądową, ale wszelkie warianty okazały się zbyt kosztowne, zwłaszcza że granice lądowe z Myanmarem są zamknięte, więc i tak musielibyśmy szukać jakichś połączeń lotniczych) udaliśmy się autostopem do portu wylotu – Katmandu. Lot trzynastego (na całe szczęście była to środa) liniami Nepali Airlines nie należał do najspokojniejszych – samolot od samego startu wydawał przeraźliwe dźwięki. Na domiar złego większość czasu lawirował pomiędzy ogromnymi burzowymi chmurami, które regularnie rozbłyskiwały pięknym, choć niepokojącym fioletowym światłem.
Gdy o wschodzie słońca kółeczka samolotu dotknęły malezyjskiej ziemi z ulgą odetchnęliśmy. Cali i z drowi przylecieliśmy z wielkimi nadziejami do azjatyckiej metropolii, którą chcieliśmy poznać dogłębnie i wtopić się w jej codzienne życie. Na lotnisku uświadomiliśmy sobie, że oto wróciliśmy z indyjskich odmętów brudu i nepalskich czeluści bałaganu z powrotem do cywilizacji. Przeżyliśmy ciężki, acz pozytywny szok, gdy zobaczyliśmy o 6 rano sprzątaczkę, która zamiatała podłogę lotniska czystszą niż niejeden indyjski talerz. Dopiero teraz dotarło do nas jak zaniedbane były tego typu miejsca użyteczności publicznej na subkontynencie i jak bardzo zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Błyskawiczna misja aklimatyzacji w Kuala Lumpur zakładała jak najszybsze znalezienie mieszkania, podjęcie pracy, kupienie nadających się do pracy ubrań, a także zainstalowanie łącza internetowego do tłumaczeń Rafała. „Mission impossible” ze stuprocentowym sukcesem zrealizowaliśmy w 5 dni – w niecały tydzień po przylocie siedzieliśmy już w świeżo wynajętym kondominium w dzielnicy Taman Desa, a Ewa rozpoczęła współpracę z jedną z największych prywatnych galerii sztuki w Malezji.
Pierwsze dni w nowym mieszkaniu upłynęły nam na gruntownych porządkach. Poprzedni lokator, Libijczyk, wyjechał w popłochu do swojego kraju, gdy rozgorzały tam protesty antyrządowe, i ewidentnie nie miał czasu posprzątać… nie tylko przed wyjazdem. Wygląd kuchni świadczył, że częstotliwość z jaką ów człowiek smażył potrawy na głębokim tłuszczu znacznie przewyższała normę. Dość powiedzieć, że szafki nawet w środku pokryte były lepko-tłustą warstwą oleju z kurzem. Po tygodniowej batalii prowadzonej każdego wieczora z gąbką i ścierką w dłoniach oraz detergentami na podorędziu doprowadziliśmy tę stajnię Augiasza do stanu używalności.
Chcieliśmy jak najszybciej uregulować swój dług wdzięczności wobec społeczności związanej z projektem Couchsurfing, więc już kilka dni po wprowadzeniu się przyjęliśmy pierwszych gości – Elise i Otto. Było to nasze pierwsze doświadczenie w roli gospodarzy, bardzo z resztą mile przez nas wspominane. Tuż po Elise i Otto zawitali do nas w drodze z Filipin do Japonii nikt inny tylko nasi przyjaciele ze szlaku, Paweł i Sebastian. Spędzili z nami kawał czasu, gdyż mieli wyjątkowe nieszczęście nie zostać wpuszczonymi na samolot do Japonii, musieli więc przebudować bilet i czekać na kolejny lot. W międzyczasie dzięki nim poznaliśmy nieco malezyjską Polonię, udało nam się także wspólnie świętować 220. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja na raucie wydanym przez ambasadora w luksusowym hotelu. Były kryształowe żyrandole, orzeł wyrzeźbiony w lodzie, pierogi , zrazy, sery i, a jakże, wódka. Okazało się, że w KL żyje kilkudziesięciu Polaków; zostaliśmy ciepło przywitani jako nowi w mieście.
W momencie pisania tego postu właściwie zbieramy się do wyjazdu do Singapuru, który pozwoli nam przedłużyć pobyt w Malezji o kolejne 3 miesiące. Nie mogliśmy sobie lepiej wymarzyć tego przystanku w podróży: mieszkamy w czystym, ciepłym mieście, Rafał dostaje wciąż nowe zlecenia tłumaczeń, Ewa dość znacznie awansowała i nabiera cennego doświadczenia w interesującej ją dziedzinie. Dostaliśmy kolejne potwierdzenie od losu, że warto podejmować spontaniczne decyzje i nie bać się marzyć i, co ważniejsze, tych marzeń realizować. Dokładnej daty powrotu na szlak jeszcze nie znamy, ale już snujemy dalekosiężne plany podboju nieznanych nam jeszcze terenów. Ale niech Czytelnik nie obawia się większego przestoju w prowadzeniu bloga – w KL i okolicach działo się i dzieje wiele ciekawych rzeczy, które opiszemy w następnym poście.

Opublikowano Malezja, Nepal | 4 komentarzy

Wielki Konkurs na Paisai

Na naszej Facebookowej stronie szczegóły.
Zapraszamy!

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Nepal – himalajska świątynia mamony

Ponoć są ludzie, którzy przyjeżdżają do Nepalu w celach turystycznych i nie idą w góry. Ich motywacje nie są nam znane, bo przecież nawet przecięty polski emigrant zarobkowy wie, że Himalaje (i tu cytat z jednego emigranta) „może nie są najwyższe, ale też są fajne”. Na miejscu szybko się okazało, że nie dość, że Himalaje faktycznie są fajne to – uwaga, uwaga – są też najwyższe. Nawet podróżujący z nami Sebastian i Paweł, bądź co bądź magistrzy geografii, nie mogli opanować zdziwienia.
Jeśli chodzi o nasze plany, to mimo niezbyt wielkiej miłości Ewy do wysokogórskiej wspinaczki, zdecydowaliśmy się pozostać w głównym nurcie turystycznym i zostawić ślady naszych trekkingowych butów na himalajskim szlaku.
Pokhara – dzielnica Lakeside. Miejsce, które przestałoby istnieć, gdyby usunąć z niego sklepy ze sprzętem górskim, informacje turystyczne, kafejki internetowe, restauracje i inne przygotowane tylko z myślą o turystach przybytki. Gdyby przestało istnieć, pozostałby malowniczy teraj okalający urokliwe sztuczne jezioro, gdzie pasą się wodne bawoły, dookoła widać zalesione pagórki, a w oddali śnieżne szczyty łańcucha Annapurny. Taki krajobraz można zobaczyć już kilkaset metrów za Lakeside, jednak sama dzielnica to turystyczne urwanie głowy. Kto był na ulicy Khao San w Bangkoku i myśli, że nie ma bardziej zmienionego przez turystykę miejsca na świecie, mówiąc krótko, myli się. Lakeside i Khao San dzieli kolosalna, himalajska, chciałoby się powiedzieć, przepaść. Khao San – dwustumetrowa ulica przepełniona barami, restauracjami, pękająca w szwach od naganiaczy, prostytutek, sprzedawców fałszywych dokumentów i pseudo-tajskiego jedzenia, którego nigdzie poza tą ulicą się nie dostanie i którego Tajlandczyk z obrzydzania do ust nie weźmie – wciąż prowadzi w niechlubnym rankingu na największą degrengoladę spowodowaną turystyką. Jednak jeśli chodzi o obszar i stopień kontrastowania z otoczeniem – Lakeside przebija rozmachem tajską uliczkę, jak wenecki Rialto przebija Most Kamienny w Kaliszu. Lakeside to cała dzielnica stworzona po to, by turysta choć na moment nie obawiał się, że nie będzie miał na co wydać swoich oszczędności. Biedny chcąc się wyrwać z tej świątyni mamony najpewniej dostanie pęcherzy na stopach od długiego marszu nim uda mu się za plecami zostawić wszystkie sklepy z artykułami turystycznymi i rękodziełem.
Szczęśliwie ulokowaliśmy się na skraju Lakeside i kilka kroków dzieliło nas od spokojnych pastwisk okalających jezioro i kilkaset metrów od prawdziwej Pokhary, w której na człowieka o białej karnacji patrzono tak, jak zapewne patrzyliby mieszkańcy gdańskiej Oliwy na wałęsające się pomiędzy domami żyrafy czy słonie. Po kilku dniach intensywnych przygotowań mentalnych polegających w głównej mierze na jedzeniu kanapek z serem na śniadanie, piciu świeżo wyciskanych soków i leniwych przechadzkach po mniej turystycznych rejonach miasta, a także po zaopatrzeniu się w niezbędny ekwipunek – śpiwory puchowe, polary i nareszcie sprawny turystyczny palnik gazowy – pozostało tylko kupić horrendalnie drogie zezwolenia dla samodzielnych piechurów (Ci, którzy idą z przewodnikiem płacą dużo, dużo mniej), zostawić niepotrzebne rzeczy w pensjonacie i gotowi byliśmy do zaczęcia himalajskiej przygody.
Zdecydowaliśmy się na trekking wokół łańcucha Annapurny. Turyści korzystający z usług agencji pokonują trasę w 12-18 dni w zależności od wybranego punktu początkowego i końcowego. My wykupiliśmy zezwolenie na 44 dni mając nadzieję, że uda nam się spędzić trochę czasu z lokalną ludnością, może popracować na zasadzie wolontariatu w jednej z wysokogórskich wiosek.
Niestety, nasze oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością szybko i to w dość brutalny sposób. Na palcach jednej ręki pracownika tartaku z długoletnim stażem policzyć można mieszkańców wiosek, którzy nie postrzegali nas jedynie jako mięsno-kostne etui dla wypełnionego dolarami portfela. Większość wiosek była zbudowana dla turystów – składała się wyłącznie z pensjonatów, brak było w nich zwykłych domów, świątyń, zagród dla bydła… Czytelnik już sam zapewne domyśla się, że trudno w takich okolicznościach znaleźć kogoś, kto zaprosi do domu, poczęstuje herbatą i łamaną angielszczyzną z prawdziwego zainteresowania poprosi o kilka opowieści o dalekim europejskim kraju. Zgubiła nas prawdopodobnie naiwność – teraz, pisząc te słowa wiemy, że nie należało się spodziewać, że uczęszczany od dziesiątek lat szlak pozostawi lokalną kulturę niezmienioną. Liczyliśmy jednak, że w wioskach oddalonych nieznacznie od szlaku lub takich, w których nie zatrzymują się zorganizowane grupy, będzie można zaobserwować choć trochę autentycznego, nepalskiego życia, zwłaszcza że wybrany przez nas szlak był reklamowany jako najlepszy dla miłośników kultury. Autor tego stwierdzenia zapomniał pewnie dodać, że chodzi o szeroko pojętą europejsko-amerykańsko-izraelską napływową kulturę turystyczną.
Gdy po kilku dniach marszu zdaliśmy sobie sprawę, że z dwóch czynników decydujących o wyborze szlaku – kultury i natury – pozostał nam tylko jeden, wytężaliśmy nasze zmysły, by chłonąć to, co nam pozostało – zapierające dech w piersiach nepalskie krajobrazy. I niech to, Drogi Czytelniku, nie brzmi jak nagroda pocieszenia! W tym aspekcie nasze oczekiwania zostały zaspokojone z wielką nadwyżką. Przez kolejne dnie obserwowaliśmy jak wraz ze wzrostem wysokości bambusowe lasy liściaste, pola ryżowe i uprawy konopi powoli ustępują miejsca bujnym lasom liściastym, te z kolei strzelistym sosnowo-cedrowym lasom iglastym. W wyższych partiach dominowały rozległe hale górskie, jedynymi przedstawicielami roślin były karłowate jałowce i pięknie kwitnące w tym okresie rododendrony, aż w końcu i te musiały ustąpić surowym skalistym i śnieżnym krajobrazom. Niestety, mało widzieliśmy przedstawicieli himalajskiej fauny. Brak na szlaku takich okazów jak pantery śnieżne czy mgliste musiały nam wynagrodzić często widziane orły, kilka makaków i barwnych agam.
Z każdym dniem marszu coraz bardziej cieszyliśmy się ze sposobu zorganizowania tego trekkingu, głównie z faktu, że idziemy samodzielnie – bez przewodnika. Zdecydowaliśmy się na taki wariant nie tylko z powodu oczywistej przyjemności z bycia samemu w górach, lecz również z powodu nieciekawych doświadczeń z przewodnikami i tragarzami podczas wypraw na Fansipan i Mt. Kinabalu. Agencji turystycznych unikamy jak ognia, więc przewodnika musielibyśmy znaleźć samemu. Trudno decydować się na kilkanaście a może kilkadziesiąt dni w czyimś towarzystwie po zaledwie kilkunastominutowej rozmowie. Co więcej, obserwując zorganizowane grupy, widzieliśmy przeróżne sposoby wyciągania jeszcze większych pieniędzy od i tak już przepłacających za całą imprezę turystów. Generalnie rzecz ujmując, przewodnik z każdym na trasie ma swoje układy i układziki, pobiera prowizję tu i tam, niby czasem pomaga się turyście targować, ale dziwnym trafem my bez przewodnika potrafiliśmy uzyskać lepszą cenę.
No właśnie, ceny. Tempo wzrostu cen jakie występuje wraz ze wzrostem wysokości zadziwiłoby nawet mieszkańców Zimbabwe. Litrowa butelka wody, bez której daleko piechur nie zajdzie, w Pokharze kosztuje 10-15 rupii, natomiast powyżej 3000 metrów nad poziomem morza za taką samą butelkę turysta zapłacić musi 180 rupii (czyli prawie 8 złotych). Podobną tendencję wykazują ceny wszystkich artykułów, oczywiście uwzględnić należy dodatkowo „rabat dla obcokrajowca”, jak nazywamy kilkudziesięcioprocentową różnicę pomiędzy racjonalną ceną, którą płacą autochtoni, a ceną astronomiczną oferowaną przyjezdnym. Na szczęście Polak potrafi – nasze wydatki na trekkingu nie wzrosły właściwie wcale w porównaniu z wydatkami na nizinach. Udało nam się to w dużej mierze dzięki dobrym pomysłom naszych towarzyszy, Sebastiana i Pawła, oraz doświadczeniu w targowaniu zdobytym przez ponad rok spędzony na azjatyckim kontynencie. Sposobów na zaoszczędzenie było wiele – od bardzo prostego jak gotowanie czy uzdatnianie wody i samodzielnego przygotowywania posiłków do tych bardziej karkołomnych jak, nie bójmy się tego słowa, kradzież prądu. Powyżej pewnej wysokości w pokojach nie ma gniazdek elektrycznych, jest tylko żarówka. Jeśli chce się skorzystać z kontaktu, należy zapłacić 100 rupii za godzinę. Wiadomo, że w górach każdy chce mieć naładowany aparat fotograficzny i telefon w razie nagłego wypadku, więc kartele ustalające ceny i jednolite zasady we wszystkich pensjonatach na szlaku uznały to za kolejny świetny sposób na wyciągnięcie pieniędzy od turysty. Nie z nami te numery. Błysk geniuszu Sebastiana, kilka metrów kabla, taśma izolacyjna i chwila MacGyverowskich sztuczek sprawiły, że prąd z oprawki żarówki popłynął do ładowarki. I żeby była jasność – nie mamy wyrzutów sumienia. Ten wymysł karteli uważamy za nadużycie. Wynajmując u kogoś pokój nie zamierzamy dopłacać za wiadro ciepłej wody (taką opłatę też chciano na nas wymusić), prąd czy koce. Płacimy i tak juz zbyt wysoką cenę za niskiej jakości usługi i uważamy, że prąd nam się należy. Kropka. Dziękujemy za zrozumienie :) .
Przebieg trekkingu. Po tym jak plecy przyzwyczaiły się do piętnastokilogramowego plecaka szło się bardzo przyjemnie. Tempo spokojne, od wioski do wioski, po 15 kilometrów dziennie; popołudniami spotykaliśmy się z Sebastianem i Pawłem . Wieczory głównie upływały nam na gadaniu głupot i preparowaniu kulinarnych dziwolągów, takich jak ryż na mleku bawolim (gorąco nie polecamy) czy herbata z igieł sosny himalajskiej. Wszystko szło dobrze do momentu kiedy zaczęło robić się naprawdę zimno i okazało się, że pseudo-puchowy śpiwór kupiony w Pokharze nie na wiele się zdaje. Niestety, Ewa przypłaciła to nocne marznięcie solidnym przeziębieniem, które uparło się, by iść z nami do końca i zmieniać nasze plany. Już w Chame na wysokości 2680 metrów musieliśmy zrobić pierwszy nieplanowany przystanek dla poratowania zdrowia. Przy pomocy imbiru, miodu i czosnku postawiliśmy Ewę na nogi na tyle, że w miarę dobrym tempem doszliśmy do Manang (3540 m), gdzie ponownie spotkaliśmy się z chłopakami z Polski. Krótki trekking aklimatyzacyjny w okolicach Manang zwiastował, że może nie być różowo – Ewa miała problemy z oddychaniem, wynikające nie tyle z choroby wysokościowej co z połączenia infekcji dróg oddechowych z małą ilością tlenu. Mimo to zdecydowaliśmy się iść dalej. Następny dzień był dla nas najcięższy. Mimo ambitniejszych planów dotarliśmy tylko do miejscowości Yak Kharka (4010 m) i to i tak z dużym poświęceniem ze strony Ewy. Noc spędzona na tej wysokości była koszmarem – Ewa dusiła się we śnie i co chwilę budziła łapiąc powietrze. Rano musieliśmy podjąć smutną dla nas obojga decyzję o zejściu w dół. Mimo że do przełęczy stanowiącej najwyższy punkt szlaku pozostały nam dwa, może trzy dni, mimo że trasa nie była wymagająca – nie było stromo, śniegu było mało – mimo dobrego przygotowania kondycyjnego, musieliśmy zawrócić. Szkoda, choć z relacji naszych towarzyszy wiemy, że nie straciliśmy wiele poza satysfakcją bycia na jednej z najwyższych przełęczy na świecie. Decyzja była słuszna, bo jak się później okazało Ewa miała zapalenie oskrzeli, z którym ryzykownie byłoby iść jeszcze wyżej. Chciałoby się powiedzieć może następnym razem, ale jeśli kiedykolwiek będziemy znów w Himalajach, na pewno nie wybierzemy się na tak popularny wśród turystów szlak, tylko w jakieś bardziej autentyczne miejsce.
W myśl tego, że podjętej raz decyzji nie należy ponownie rozpatrywać w myślach i że nie należy się przejmować tym, na co nie ma się wpływu, znów zaczęliśmy się cieszyć himalajską wędrówką – tym razem w dół. Wiadomo, że wracanie tą samą trasą nie jest tak ekscytujące, ale ciekawie było obserwować zmiany, jakie w krajobrazie poczyniła wiosna w zaledwie kilkanaście dni. W górach spędziliśmy 17 dni, przeszliśmy 119 kilometrów w górę i 94 w dół. Mimo wielu rozczarowań i kłopotów zdrowotnych był to jeden z ciekawszych momentów naszej podróży. Byliśmy zdani tylko na siebie, z dala od cywilizacji, co bardzo nas do siebie zbliżyło. Zrozumieliśmy też jaką potęgą są wysokie góry i jak wiele poświęceń wymagają one od himalaistów. My zawróciliśmy z czterech tysięcy metrów z zapaleniem oskrzeli, Wanda Rutkiewicz zdobyła ze złamaną nogą dwa razy wyższą Annapurnę…
Po himalajskiej wędrówce wróciliśmy do Pokhary, gdzie czekały nas poważne przemyślenia, o których w następnym odcinku.

Cała lawina zdjęć z trekkingu zasiliła nepalski katalog. Zaktualizowaliśmy też zakładkę Trasa.

Opublikowano Nepal | 3 komentarzy

Nepal – outdoorowy sprzęt i półlegalna marihuana

Stolica Nepalu objawiła nam się jako przeogromne centrum handlowe – kilometrami ciągną się ciasne uliczki wypchane po brzegi sklepami z puchowymi kurtkami, butami trekkingowymi, śpiworami, termiczną bielizną i wszystkim, co tylko wybierający się w góry turysta może sobie wymarzyć. Króluje niepodzielnie marka The North Face, przy czym w dobrej promocji kurtkę z membraną można kupić już od 1500 rupii (około 60 zł). Każdy Nepalczyk w Katmandu ma puchową, markową kurtkę, obowiązkowo do niej równie markowe buty i inne akcesoria.
Na szczęście buty i kurtki kupiliśmy jeszcze w Polsce, więc w ramach przygotowań do trekkingu zaopatrzyliśmy się tylko w wełniane skarpety, czapki i rękawiczki (co prawda bez imponujących metek, ale także wyrabiane lokalnie). Połasiliśmy się jeszcze na oszałamiająco tanią kuchenkę benzynową; ta niestety po jednym zagotowaniu wody na herbatę nie nadawała się już zupełnie do użytku. Po dłuższych pertraktacjach (zjawisko paragonu czy niezbywalne prawo do zwrotu zakupu w ciągu dwóch tygodni nie istnieją) udało nam się zwrócić bubel bez straty pieniędzy.
Do zdecydowanie udanych zakupów zaliczamy natomiast te, które robiliśmy codziennie rano w okolicznych „spożywczakach”. Odkryliśmy bowiem pewnego dnia ukryty w ciemnej uliczce, z dala od turystycznych szlaków sklep z serem – najważniejszym, brakującym składnikiem układanki kanapkowej, którego próżno było szukać w Indiach. Od tego dnia jedliśmy śniadania iście królewskie ( i polskie) w postaci kanapek z sałatą, serem, pomidorem, ogórkiem i nawet, uwaga, uwaga, szczypiorkiem. Jak trzeba cenić takie łakocie ten tylko się dowie, kto przez kilka ładnych tygodni zmuszany był jeść na śniadanie makaron, ryż lub inne dziwne, indyjskie smażone wynalazki.
Prócz zakupowego szału przeżyliśmy jeszcze w Katmandu coś wyjątkowego, lokalnego i autentycznego. Na przełomie 2 i 3 marca, zarówno w Indiach jak i Nepalu, świętuje się Maha Siwaratri – „rocznicę” małżeństwa Bogów Siwy i Parvati. Małe dzieci chodzą wówczas od sklepu do sklepu śpiewając religijne piosenki w nadziei na otrzymanie skromnych datków. W świątyni Pashupatinath w stolicy odbywa się natomiast ogromne zgromadzenie – dziesiątki (niektóre źródła mówią nawet o setkach) tysięcy wyznawców świętują na wiele sposobów. Skalę wydarzenia można porównać do europejskiego sylwestra – tłumy gromadzą się na ogromnym placu, w Pashupatinath brakowało tylko fajerwerków. Siwa nie stronił od zabawy, więc tej nocy wyznawcy hinduizmu także nie stronili, oczywiście w ramach hołdu składanego Bogu. Co chwila mijaliśmy tak zwanych Baba – mężczyzn, których w Polsce uznanoby za życiowych nieudaczników, obdartusów i narkomanów, a którzy przez hinduistów są poważani jako osoby niemal święte. Poznać ich można po pomarańczowym ubiorze, upiętych dredach, kolorowych malowidłach na twarzy, dymiącej się fajeczce z haszyszem w dłoni i mamrotanych pod nosem mantrach. Taki Baba utrzymuje się z żebrania, czasem też błogosławi dotykając głowy delikwenta, za co warto uiścić skromny bakszysz. Podczas święta Siwaratri każdy przechodzący Baba witany jest przez grupki młodych salwami radosnych krzyków. Prawdopodobnie ich radość spotęgowana była przez wypaloną uprzednio marihuanę, która, jak twierdziło wielu zakonspirowanych ulicznych dealerów, była tej nocy legalna. Policji nie pytaliśmy o zdanie, ale sposób, w jaki ów specyfik chciano nam sprzedać mógł świadczyć o tym, że jednak trzeba się z nim ukrywać jak co dzień.
Do głównej świątyni nie mieliśmy wstępu jako nie-hinduiści, mogliśmy jedynie obserwować przerażająco długą kolejkę chętnych do złożenia swoich ofiar w środku. Każdy zdejmował obuwie gdzie popadnie po drodze (do świątyni wchodzi się boso), więc co jakiś czas napotykało się stosy bezpańskich butów, które już zapewne nigdy do swych właścicieli nie wrócą. Ogólny chaos potęgowały grupy ludzi śpiewających i tańczących i krzyczący sprzedawcy dewocjonaliów i jedzenia, do tego w powietrzu unosił się zapach kadzideł i dym z kopców, na których palono zwłoki. Teren otaczający świątynię był ogromny i dopiero kiedy weszliśmy na okoliczne wzgórze zobaczyliśmy, jak wielu ludzi przybyło do Pashupatinath – tłum był dosłownie wszędzie w zasięgu wzroku aż po horyzont, wciskał się w każdy zakamarek. Już po północy powoli zaczęliśmy wracać w stronę hotelu. Wstąpiliśmy jeszcze do jednej z wielu tej nocy otwartych jadłodajni na tutejszą odmianę pączków – wszak z wybiciem godziny dwunastej rozpoczął się polski Tłusty Czwartek i musieliśmy i to święto uczcić w odpowiedni sposób. Nepalski pączek w formie większego obwarzanka z pączkowego ciasta nie umywał się jednak do naszego, ciepłego jeszcze, pączka z dżemem różanym, którego z sentymentem wspominaliśmy tej nocy z Sebastianem i Pawłem.
Po Siwaratri nie mieliśmy już po co dłużej zostawać w niezbyt atrakcyjnym (nie licząc sera) Katmandu, więc odkrywając, jak łatwym i przyjemnym sposobem podróżowania w Nepalu jest autostop ruszyliśmy za jeden uśmiech do Pokhary na spotkanie z Himalajami.

Uaktualniony katalog ze zdjęciami z Nepalu

Opublikowano Nepal | 1 komentarz

Nepal – miejsce narodzin Buddy

Po dniu spędzonym w ciasnych autobusach, z których po kilku godzinach wyboistej jazdy wysiada się z poobijanymi kolanami od twardego oparcia siedzenia z przodu dotarliśmy wymęczeni, już po zmroku, do bramy z napisem „Welcome to Nepal”. W biurze celnym po nepalskiej stronie zostaliśmy poinformowani, że nie podbiliśmy paszportów po indyjskiej stronie i musimy wrócić kilkaset metrów. Nie wdając się w szczegóły – spacerowaliśmy dłuższy czas po długiej, nieoświetlonej ulicy dzielącej Indie i Nepal poszukując ukrytej granicy administracyjnej. Gdybyśmy tylko chcieli moglibyśmy przenieść w naszych wielkich plecakach tonę narkotyków i pięciu nielegalnych imigrantów w którąkolwiek ze stron.
Noc spędziliśmy w obskurnym hoteliku tuż przy granicy i następnego ranka wyruszyliśmy do Lumbini, miejsca narodzin jednej z najważniejszych osób, jakie kiedykolwiek przyszły na ten świat, Sidarthy Gotamy, czyli Buddy.
Pierwsze wrażenia po wjeździe z Indii do Nepalu? Myśleliśmy, że tuż za granicą będzie widać ogromne, ośnieżone góry, ale niestety okolice Lumbini były płaskie jak stół. Ludzie wydali nam się jakby piękniejsi, bardziej uśmiechnięci, nawet pomimo tego, że Indusów nie postrzegaliśmy jako brzydkich, czy smutnych. Indusi jednak często na uśmiech odpowiadali jedynie charakterystycznym kiwnięciem głowy, Nepalczycy natomiast niezmiennie rozpromieniają całą twarz. Mile zaskoczyły nas także ceny: wszystko było o około jedną trzecią tańsze, niż w i tak już tanich Indiach.
Rafał pierwsze dni w Nepalu spędził odchorowując przywiezioną zapewne jeszcze z Indii biegunkę. Mieliśmy nawet w pokoju telewizor, jednak włączanie go mijało się z celem. Zawsze przed końcem jakiegokolwiek filmu kończyła się elektryczność – dostarczana w przeróżnych porach, regułą była tylko nieobecność prądu w gniazdku po godzinie 21.
Zagadką było dla nas, skąd Lumbińczycy wiedzieli dokładnie, o której godzinie prąd zostanie włączony i wyłączony (zwłaszcza, że codziennie odbywało się to o innej porze).
W końcu, po kilku dniach o ryżu i gorzkiej herbacie Rafał wrócił do zdrowia i pojechaliśmy na przejażdżkę rowerową do wspomnianego już miejsca narodzin Buddy. Ruiny tego budynku obudowane zostały halą, w której po wyznaczonej ścieżce spaceruje się pod czujnym okiem strażników z karabinami. Specjalnie oznaczony jest kamień, na którym przyszedł na świat Budda. Nie mieliśmy niestety możliwości skupić się tam ani na chwilę, czy poczuć energii tego miejsca. Hałaśliwe pielgrzymki nic nie robiły sobie z nakazu zachowania ciszy w tym wyjątkowym miejscu, ponadto gdy tylko pochyliliśmy się nad wspomnianym kamieniem, zaraz poczuliśmy na karkach oddechy azjatów ignorujących naszą przestrzeń intymną, niecierpliwych zobaczenia owego kamienia jak najprędzej. Zdecydowanie więcej radości przyniosło nam jeżdżenie na rowerach po ogromnym kompleksie świątyń znajdujących się w pobliżu. Swoje zakony założyli tam buddyści z wielu krajów, m.in. z Birmy, Tajlandii czy Niemiec.
Z Lumbini ruszyliśmy do Katmandu, gdzie już czekali na nas koledzy z Polski poznani w Kalkucie.

Pierwsza, malutka porcyjka zdjęć z Nepalu

Opublikowano Nepal | Skomentuj

Indie – luźne spostrzeżenia i próba podsumowania

Przez ostatnie miesiące opisywaliśmy głównie nasze przeżycia, ubarwiając je (mamy nadzieję) od czasu do czasu jakąś ciekawostką. Wybraliśmy właśnie taką formę podróżniczego bloga, jednak nie zapominamy, że nasze przeżycia są jedynie drobnym puzzelkiem wyciągniętym w sposób losowy z indyjskiej układanki. Różnorodność naszych przeżyć pewnie w małym stopniu odzwierciedla niewyobrażalną różnorodność indyjskiego kraju, ale postanowiliśmy opisy tych przeżyć uzupełnić obserwacjami dotyczącymi kilku najbardziej rzucających się w oczy, typowych dla Indii zjawisk.

1. Mega firmy. Ma się wrażenie, że wszystkie produkty i usługi dostępne na indyjskim rynku dostarczane są przez jedną z kilku gigantycznych firm, takich jak Tata, Reliance, czy Kingfisher. Dla przykładu, koncern Tata Group zrzesza 99 firm obecnych we wszystkich prawie sektorach gospodarki, między innymi w branży motoryzacyjnej (Tata Sons jest największym na świecie prywatnym producentem aut, właścicielem takich marek, jak Jaguar czy Land Rover), metalurgicznej, telekomunikacyjnej, spożywczej etc. Samochody, biżuteria, herbata (firma Tata Tea jest właścicielem popularnej w Polsce marki Tetley), telefonia komórkowa… Wymyśl rzecz – Tata na pewno to produkuje.

2. Krowy. Zwykło się mówić, że są święte. W istocie są szanowane jako jedno z wcieleń boga Sziwy, ale nazywanie ich świętymi to lekkie nadużycie. Krowy nie są obiektami kultu, choć polska łaciata na pewno indyjskiej kuzynce życia zazdrości. Krowy chodzą wolne, są dokarmiane przez ludzi (również pośrednio przez tony śmieci wyrzucane na ulicę) i przede wszystkim umierają śmiercią naturalną. W naszych relacjach zdarzało nam się narzekać na męczącą obecność krów i ich odchodów w miastach, ale nie mamy problemu z oceną, który świat jest bardziej normalny – ten opisany wyżej, czy ten, w którym w ciasnych klatkach, faszerowane antybiotykami krowy czekają na wyrok śmierci wydany przez klienta restauracji czy sklepu spożywczego. Wybaczcie wegetariańską propagandę.:)

3. Kiwanie głową. Ponoć w komunikacji część niewerbalna komunikatu jest dużo istotniejsza, niż wypowiadane słowa. I bądź tu mądry i zrozum Indusa, którego repertuar skinięć i kiwnięć głowy zawiera tylko jedną pozycję – powolne kiwanie głową na boki tak, że broda i czubek głowy na zmianę wychylają się to w prawą, to w lewą stronę (w naszej kulturze ten gest mógłby zostać odebrany jako znacznie przerysowane wahanie się). A co Indus wykonujący głową ten swoisty „taniec kobry” ma na myśli? Otóż tego do końca nie wiadomo, bo zależy to od kontekstu. Z reguły oznacza to przytaknięcie, potwierdzenie, lub pokazanie, że się słucha i rozumie swojego rozmówcę, ale jest to również sposób odwzajemniania uśmiechu, okazania szacunku, a nawet (uwaga, uwaga!) zaprzeczania. Bardzo często zdarzają się sytuacje, w których z powodu bariery językowej jedynym komunikatem zwrotnym na zadane pytanie było opisane wcześniej kiwanie głową, najczęściej poprzedzone splunięciem (w Indiach żucie tytoniu lub betelu jest prawie tak popularne, jak wąsy u mężczyzn). Minusem takiej komunikacji jest nieosiągnięte porozumienie, do plusów zaliczyć należy możliwą dzięki temu swobodę interpretacji.:)

4. A co tam, panie, w polityce? Sytuacja społeczno-polityczna w Indiach daleka jest od ideału. Narastające konflikty na tle etnicznym i religijnym spowodowały znaczny wzrost tendencji ekstremistycznych. I tak, na przykład w Kerali, partia komunistyczna (RSS) i nacjonalistyczna partia hinduistyczna (CPI-M) nawzajem mordują swoich przedstawicieli na masową skalę. Wiadomą rzeczą jest, że tego typu konflikt sam się napędza i z jego oczywistych, fatalnych dla całego kraju konsekwencji zdaje sobie sprawę chyba każdy, poza jego uczestnikami.

5. Muzułmanie. Według każdego Hindusa, z którym ten temat poruszaliśmy, przyrost naturalny wśród muzułmańskiej ludności jest dużym problemem. Jak wiadomo, Indie w bardzo szybkim tempie doganiają pod względem liczby ludności Chiny, które znacznie ograniczyły przyrost naturalny. Okazuje się, że te armie bobasów przychodzące na świat w indyjskich szpitalach pochodzą głównie z rodzin muzułmańskich. Hinduski model rodziny to 2+2 (czasem +3), natomiast ludność muzułmańska preferuje model 1+4+10 (jeden mąż, cztery żony i dziesięcioro dzieci). Jeśli ta tendencja zostanie utrzymana, za kilkadziesiąt lat (a może szybciej) większość obywateli Indii będzie wyznawcami Allaha, co wywołuje u Hindusów poczucie zagrożenia. Powszechna jest opinia, że muzułmanie nie posyłają swoich dzieci do szkół i nie dbają o ich wychowanie. Otwarcie przyznajemy, że znamy opinię tylko jednej strony. Mimo starań, nie udało nam się zamieszkać u żadnej muzułmańskiej rodziny.

6. Pociągi. Wszędzie w Indiach, oczywiście poza Andamanami, w nocy słychać przejeżdżające pociągi. Indyjska sieć kolejowa jest czwartą co do wielkości na świecie, a o spółce kolejowej Indian Rail (indyjskie PKP) mówi się, że to największy na świecie pracodawca (zatrudnia 1,6 miliona osób). Podróż pociągiem po Indiach to przygoda sama w sobie, a fakt, że można przemierzyć ten gigantyczny kraj z północy na samo południe w zaledwie 60 godzin bez przesiadania się świadczy o poziomie rozwoju tamtejszej kolei. Oczywiście nie zapominajmy, że jesteśmy w Indiach – pociągi są brudne, często się spóźniają, ale to, że cała ta sieć działa w miarę sprawnie jest już i tak wielkim osiągnięciem. Podobno zaledwie 8% Hindusów korzysta z pociągów. Nie chce się wierzyć, biorąc pod uwagę ścisk w rekordowej długości pociągach i fakt, że bilet trzeba rezerwować czasem z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Wydaje się, że nawet, gdyby dodatkowe 2% Hindusów nagle zechciało podróżować pociągami, cały system kolei stanąłby z powodu przeciążenia.

Ciekawostka: rozwinięta sieć kolei powoduje, że najczęściej wybieranym przez indyjskich samobójców sposobem odbierania sobie życia jest ten wybrany przez Wokulskiego. W Kerali (stanie z największą liczbą samobójstw) zjawisko to jest przerażająco częste. Codziennie prasa informuje o kilku przypadkach rzucenia się pod pociąg.

7. Korupcja. Dżuma państw rozwijających się. W Indiach z tą plagą nikt nie może sobie poradzić. Korupcja obecna jest na każdym szczeblu – przy drobnych drogowych wykroczeniach i wielomilionowych zamówieniach publicznych. Hindusi mówią, że na jedną rupię wydaną z podatków obywateli zaledwie jeden pajs (jedna setna) wykorzystywana jest na cele publiczne. Reszta tonie w morzu korupcji.

8. Brud. Indie bez wątpienia są najbrudniejszym krajem, w jakim byliśmy. Poziom zaśmiecenia przekracza wszelkie granice. Ocean plastikowych odpadów (tylko to nie jest zjadane przez krowy) zalewa indyjskie miasta i wsie. Powód? Jakaś przedziwna mentalność Hindusów, którzy bardzo dbają o porządek we własnym obejściu, ale tuż za płotem domu bez wahania wyrzucą śmieć na ziemię. Kilkadziesiąt lat temu wszystkie używane materiały były biodegradowalne (talerze z liścia bananowca, gliniane kubki itp.) i to przyzwyczajenie, że wszystko można bez wahania wyrzucić za siebie lub przez okno pociągu dziwnie u Indusów pozostało, choć minęło już chyba wystarczająco dużo czasu, żeby zobaczyć, że plastik się nie rozkłada.

9. Kasty. System kastowy był prawnie usankcjonowanym sposobem dzielenia ludzi na lepszych i gorszych (a właściwie czystszych i mniej czystych) ze względu na pochodzenie. Był? Niby został oficjalnie zniesiony w po uzyskaniu przez Indie niepodległości w 1947 roku, ale wciąż funkcjonuje w życiu społecznym. Może nie na taką skalę jak kiedyś, gdy człowiek z niższej kasty nie mógł znaleźć się na drodze brahmina, ale nie raz byliśmy świadkami kastowych pozostałości. W Waranasi na przykład widzieliśmy drobną stłuczkę w ruchu drogowym. Prowadzący rikszę, w której siedzieliśmy, delikatnie (na tyle delikatnie, że słowo stłuczka wydaje się nadużyciem) dotknął zderzaka samochodu jadącego przed nami. Kierowca samochodu wysiadł (Brahmin – widać było po charakterystycznym małym kitku z tyłu głowy) i bezceremonialnie zaczął otwartą dłonią okładać po twarzy naszego kierowcę, który ani przez chwile nie zaprotestował. Świadkowie zdarzenia również nie widzieli w tym nic nadzwyczajnego…
Rząd co prawda prowadzi politykę wyrównywania szans, ale wyrównywanie w tym przypadku oznacza, że ostatni stają się pierwszymi i na odwrót. Navin (opisany w poście z Jaisalmeru) nie może znaleźć sobie pracy, gdyż pierwszeństwo przed nim (Brahminem) mają kasty niższe.

10. Time pass. Pierwszy raz z pojęciem time pass, czyli upływu czasu, zetknęliśmy się w Goa. Kriszna mówił, że jego sklep nie przynosi mu zbyt dużego dochodu, ale jest przydatny, bo w nim czas szybciej leci. Sformułowania time pass używało wiele osób, np. kelnerzy opisując grę karcianą, która nie jest może zbyt ciekawa, ale dobra, by czas płynął szybciej. Zupełnie tak jakby czas dla nich istniał w jakiś nieograniczonych ilościach i trudno byłoby go zagospodarować w jakiś inny, sensowny sposób. Kapuściński pisał, że ludzie w strefie tropikalnej wiecznie na coś czekają, zdają się być mocno zamyśleni i tak bezczynnie mijają im dni. Sami też zaobserwowaliśmy to lenistwo wywołane pewnie niemiłosiernym upałem podczas naszych poprzednich wizyt w tropikach, ale zawsze zdawało nam się, że ci ludzie po prostu nie zdają sobie sprawy, że ten czas można jakoś inaczej wykorzystać. Okazuje się, że tak nie jest, w pełni zdają sobie sprawę z ilości tych wolnych chwil, jednak sposób ich wypełnienia zdaje się być im zupełnie obojętny. Sformułowanie time pass jest w Indiach tak popularne, że nawet nazwano tak nawet mieszankę ziołową do żucia (substytut gumy) czy ciastka. To zawsze jakiś sposób aby zagospodarować 5 minut chrupaniem, czy żuciem i pluciem…

Powiedziano nam już na początku podróży, że Indie można zobaczyć, lecz nie da się ich poznać. Faktycznie, co stan, to inny język, inna kultura, inna przyroda, inna kuchnia. Ująć to wszystko w jakieś wspólne ramy, uogólnić w celu stworzenia spójnego obrazu Indii, jest rzeczą niemożliwą. Nie łudzimy się nawet, że poznaliśmy Indie, ale mamy nadzieję, że dzięki czasowi spędzonemu z lokalną ludnością udało nam się zrobić coś więcej, niż tylko przywieźć pocztówkowe zdjęcia spod głównych atrakcji turystycznych.
Indii na pewno nie da się też zmierzyć ani zważyć. Człowiek, który chce, bazując na rozmowach z mieszkańcami, opisać ten kraj i ludzi w nim mieszkających jak jakąś laboratoryjną próbkę – sprecyzować, o której wstają, co jedzą, ile mają lat – z góry skazany jest na niepowodzenie. Lokalna ludność ma tak obojętny stosunek do wszystkiego, co my, ludzie zachodu, uważamy za konkret, że przy każdej próbie uchwycenia Indii w jakieś statystyczne ramy napotyka się barierę nie do przejścia. Słyszy się o dwunastometrowych krokodylach, o kobiecie, która żyła 130 lat, o tym, że stan Tamil Nadu jest większy trzykrotnie niż Polska (w rzeczywistości jest na odwrót). Ta nasza zachodnia systematyka nie jest dla Hindusa istotą życia. W każde miejsce według autochtonów idzie się pieszo 10 minut (słyszeliśmy to prawie zawsze, wtedy gdy szło się pięć i wtedy, gdy szło się pół godziny), autobus zawsze przyjedzie „za chwilę” … aby zrozumieć Indie trzeba chyba patrzeć na nie oczami ich mieszkańców.
Mamy nadzieję, że Ty, drogi Czytelniku, dobrze bawiłeś się z nami w tym niezwykłym kraju dwunastometrowych krokodyli, gdzie wszystko jest oddalone najdalej o 10 minut drogi pieszo.

Już wkrótce opisy naszych nepalskich przygód.

Opublikowano Indie | Skomentuj

Bengal Zachodni i Uttar Pradesh – jarmark cudów

Miny mieliśmy nietęgie na myśl, że to Kalkuta, jedno z największych i, w naszych wyobrażeniach, najbardziej chaotycznych miast świata, miała być następnym przystankiem po Andamanach. Żadnego płynnego przejścia, żadnej chwili przygotowania – ledwo skąpo odzianą w japonkę stopą przekroczyliśmy próg samolotu zostawiając za plecami raj, a już, tym razem za plecami zostawiając samolot, byliśmy w centrum rozgardiaszu, który o dreszczyk przyprawiłby nawet mieszkańców Bangkoku, Manili czy Dżakarty.
Autobus do centrum – slums safari. Wybaczcie niedelikatne porównanie. Podczas wizyty w parku narodowym przypominają się widziane w dzieciństwie popularnonaukowe programy i czuje się, że ten świat z telewizora został w jakiś cudowny sposób przed naszymi oczami odwzorowany. Przemieszczanie się wśród tych kartonowo-szmacianych pomników trzeciego świata budzi podobne uczucia. Niby jest się w centrum wydarzeń, ale to wszystko wydaje się tak odległe i nierzeczywiste, jakby po raz kolejny wyświetlone w telewizji jako smutny slajd, o którym zaraz zapomni się robiąc kanapkę. Upłynęło trochę czasu zanim banalna myśl, że jednak w tych potwornych warunkach naprawdę żyją ludzie, wypłynęła na pierwszy plan. Bieda jakiej w życiu nie widzieliśmy. Odczłowieczająca, przerażająca.
Zatrzymaliśmy się w muzułmańskiej dzielnicy, która jest turystycznym centrum miasta, pełnym brudnych, tanich hoteli, agencji turystycznych i jadłodajni. Szybko okazało się, że za tą klaksonową kakofonią, tym morzem śmieci i gęstwiną odurzających zapachów kryje się miasto urocze, zaryzykujemy nawet, romantyczne. Mimo warstwy brudu i odpadającego płatami tynku widać jeszcze dawną świetność kolonialnych budynków, po szerokich alejach powoli suną „zabytkowe” tramwaje – zakurzona metropolia, która ugina się pod masą ponad piętnastu milionów ludzi.
Zbliżała się pora obiadu, więc przystanęliśmy przy ulicznym sprzedawcy jedzenia, którego „restauracja” ograniczała się do palnika gazowego i kilku plastikowych siedzeń ustawionych na chodniku. Z rozmyślań nad tym, czym dogodzić naszym zmęczonym podróżom brzuchom wyrwały nas wypowiedziane w naszym kierunku słowa w ojczystym języku. Podnieśliśmy wzrok i zobaczyliśmy dwie typowo słowiańskie buzie pełne entuzjazmu i życzliwości. Te buzie mieliśmy oglądać przez następne parę tygodni, ale wtedy, jeszcze o tym nie wiedząc, spragnieni kontaktu z rodakami, przysiedliśmy się i zamówiliśmy jedzenie. Z początku Sebastian i Paweł wywarli na nas wrażenie ciężko doświadczonych podróżą – trochę umorusani, uczesani w stylu „zrób-to-sam”, ich nogi pokryte mocno widocznymi, niegojącymi się ranami (infekcja dość częsta w tropikach). Gdy zaczęli dzielić się swoimi historiami okazało się, że nasze podejrzenia były słuszne. Po kilkunastotysięczno kilometrowej podróży motorami, między innymi przez Mongolię, Kazachstan i Afganistan, po kilkutygodniowej podróży rowerami przez Indonezję, po przebytej tam dendze, która zmusiła ich do zmiany trasy wylądowali w Indiach. Godne podziwu były zapał chłopaków i ich niezmieniona przez przeciwności losu radość z podróżowania.
Po późniejszym wspólnym podboju stoiska ze świeżo wyciskanymi sokami z owoców ruszyliśmy bez planu przed siebie, wałęsać się po pakistańskiej dzielnicy. Tam na nowo Kalkuta ujawniła swoje uroki. Poza nami nie było na ulicach innych obcokrajowców, nasz widok dla lokalnej ludności był pewnie tak samo dziwny, jak dla nas na przykład widok mężczyzny przenoszącego na głowie wielką klatkę z kurczakami.
Możliwość obserwowania niezmienionego turystyką życia muzułmańskiej ludności pochłonęła nas na tyle, że przez kilka godzin błądziliśmy wśród ubranych według hidżabu kobiet i mężczyzn, pomiędzy licznymi stoiskami z czajem, serwowanym w jednorazowych, glinianych naczynkach, przy cyklicznym akompaniamencie śpiewów muezinów.
Nocą Kalkuta wkłada do uszu stopery i przykrywa się pierzyną tajemniczości. W zupełności ustaje ruch uliczny; teraz panami szos są gangi bezpańskich psów i wiecznie żujące kartony krowy. Gdy na niebie pojawiają się pierwsze promienie słońca, gdy muezin wezwie do porannej modlitwy, ten spokojny świat przestaje istnieć i ustępuje miejsca harmidrowi doskonałemu.
Waranasi. Szczerze pisząc, dreszcze przechodziły nas na myśl o miejscu, w którym do standardowego indyjskiego brudu dochodzi jeszcze widok i zapach palonych przy Gangesie zwłok. Szybko jednak najświętsze dla Hindusów miasto okazało się jednym z najciekawszych przystanków w naszej indyjskiej podróży. Brudu, smrodu i chaosu z pewnością ukryć by się nie udało samemu Davidowi Coperfieldowi, lecz atmosfera Waranasi, i może po części przyzwyczajenie do Indii, sprawiły, że to wszystko znikło gdzieś wśród pozytywnych wrażeń.
Gdy pierwszego wieczora (po 22:00) chcieliśmy opuścić pensjonat, musieliśmy odbyć pięciominutową dyskusję z obsługą, która twierdziła, że nie może nas wypuścić, z uwagi na czyhające na nas, bliżej nieokreślone, niebezpieczeństwo. Na szczęście udało nam się ukrócić zapędy ograniczania naszej wolności. W innym przypadku nie przeżylibyśmy jednej z najciekawszych nocy w Indiach.
Nocą Waranasi przypomina trochę wizje Ziemi ocalałej z kataklizmu znane z amerykańskich filmów science fiction. Otoczenie jest tak odmienne od tego, co zwykło się widywać na Ziemi, że tylko liczni przedstawiciele gatunku ludzkiego przemierzający przestrzeń w dziwacznych (głównie rikszo-podobnych) wehikułach przypominają, że to wciąż ta sama planeta.:) Z daleka dobiegała nas fala pulsujących, wysokich, melodyjnych dźwięków, które narastały z każdym krokiem. W oddali zobaczyliśmy mały tłumek mężczyzn ubranych na biało, zebranych wokół prowizorycznej sceny. Na ich głowach z daleka były widoczne muzułmańskie topi (garnkowate nakrycia głowy). Niezidentyfikowane wcześniej dźwięki okazały się bardzo wysokim, religijnym śpiewem chłopięcym (dyszkantem), odbijającym się wielokrotnym echem od ścian okolicznych budynków. Psychodeliczna, wprowadzająca w trans melodia była idealnym tłem dla spaceru w stronę cichych o tej porze okolic Gangesu wśród budynków niepodporządkowanym żadnym regułom architektonicznym.
Po drodze mijaliśmy wesele. Zostaliśmy na nie serdecznie zaproszeni i rodzina panny młodej zadbała, żebyśmy spróbowali każdej z serwowanych na przyjęciu potraw. Uroczystość swoim rozmachem znacznie przyćmiewała tą znaną nam z Kerali. Na weselu najbardziej przypadł do gustu nam (legendarny już) jogurt z owocami, którego smak, wzbogacony mnóstwem przypraw, pamiętać będziemy jeszcze długo.
Gwóźdź programu – ghaty w Waranasi. Ciągnące się przez kilka kilometrów wzdłuż jednego brzegu Gangesu (drugi jest zupełnie niezurbanizowany) schody używane są do praktyk religijnych, głównie przy rytualnych kąpielach i paleniu zwłok. Kolejna pocztówka nie z tej ziemi. Dziesiątki dymiących się i płonących żywym ogniem kopców, na których leżą częściowo już nadpalone ciała owinięte chustami. Pomiędzy nimi kolejne ciała czekające już w kolejce na kremację. Cała ta scena otoczona indyjskim rozgardiaszem – trzy metry od palących się zwłok kąpią się dzieci, tu ktoś myje kozę, tam ktoś robi masaż. Stanęliśmy przy barierce, aby nasz umysł mógł przetrawić te niecodzienne obrazy. Rafał zagadnął stojącego obok Hindusa, który ze skupieniem przyglądał się kremacji. Okazało się, że wystające ze stosu nogi, które właśnie nadzorujący kremację pracownik wepchnął kijem, niczym bale drewna w głąb „ogniska” należały do brata naszego rozmówcy. Dziwna pocztówka stała się nagle przeżyciem; powstał związek emocjonalny, który urealnił to, co wcześniej było tylko „kremacyjnym przedstawieniem”.
Ten jarmark cudów, jak mawiają nasi polscy towarzysze podróży, kończył naszą indyjską przygodę. Z Waranasi udaliśmy się do Nepalu, ale to już zupełnie inna historia.

Nowe zdjęcia z Uttar Pradesh

Opublikowano Indie | 2 komentarzy

Andamany i Nikobary – Bóg nie rzuca w ludzi kokosami

Andamany i Nikobary to archipelag 349 wysp (38 zaludnionych) na Morzu Andamańskim. Pierwszy przyjezdni odwiedzili wyspy już w dziesiątym wieku, ale przez stulecia nikt nie został na dłużej – różni podróżnicy, w tym Marco Polo, opisywali tamtejsze plemiona jako wrogie, ludożercze, a o ich przedstawicielach mówiono, że zamiast ludzkich głów mają psie.
Dziś opowieści o rdzennej ludności Andamanów nie są już tak przerażające, niemniej jednak wiele pozostało intrygujących niewiadomych. Ludy Dźarawa i Szompen od zawsze unikają kontaktu z nowymi mieszkańcami ich wysp, także wszelkie próby zbliżenia się do plemienia Sentinelese kończyły się jak dotąd fiaskiem – przyjezdnych niezmiennie wita grad strzał (także tych zatrutych). Ludy Onge i Andamańczycy liczą już tylko odpowiednio około 100 i 40 przedstawicieli. Populacja Onge drastycznie straciła na liczebności po 1977 roku, kiedy rząd Indii zabrał dwie trzecie ich wyspy (Little Andaman) i oddał nowym przybyszom. Andamańczyków natomiast rozgromiły epidemie syfilisu, ospy i grypy „przywiezione” oczywiście z zewnątrz. Tylko u Nikobarczyków odnotowuje się dodatni przyrost naturalny i jako jedyni asymilują się oni z imigrantami. Badania antropologiczne są więc w tym regionie znacznie utrudnione – byliśmy bardzo zainteresowani poznaniem kultury któregoś z plemion, ale jeszcze w Polsce dostaliśmy wiadomość, że wizyty w wioskach są praktycznie niemożliwe. Głównym powodem jest to, że rdzenna ludność wciąż nie jest uodporniona na niektóre z naszych „pospolitych” chorób, więc nawet prosta infekcja może być zabójcza dla całego plemienia. A szkoda – o plemieniu Szompen mówi się, że to ostatnie, które żyje właściwie na etapie epoki kamienia łupanego. Musieliśmy obejść się smakiem i zadowolić wizytą w staroświeckim Muzeum Antropologicznym w Port Blair, stolicy regionu.
Udało nam się natomiast spędzić trochę czasu z nowymi, napływowymi mieszkańcami Andamanów. Byli to potomkowie emigrantów z Bangladeszu i Indii, którzy w zdecydowanej większości nie znaleźli się na Andamanach z własnej woli – w dziewiętnastym wieku rząd brytyjski utworzył na w Port Blair więzienie dla dysydentów. Później, w latach dwudziestych ubiegłego wieku, liczni przedstawiciele ludów Bhantu z prowincji Uttar Pradesh czy Maplach z Malabaru? zostali w ramach kary za akcje przeciw brytyjskiemu rządowi kolonialnemu deportowani w różne rejony Andamanów.
Tu musimy się wtrącić i powiedzieć, że nie najgorzej jest być deportowanym na Andamany, a wręcz przeciwnie – gdyby ktoś mógł tam deportować nas, nasze rodziny i przyjaciół to prawdopodobnie nie podjęlibyśmy ani jednej próby ucieczki do końca życia. Odwiedziliśmy wyspy South Andaman, Havelock i Neil, na ostatniej spędzając najwięcej czasu w trakcie niemal miesięcznego pobytu w rejonie. Wyspa Neil była dla nas zresztą szczególnie gościnna, między innymi dzięki Polakom, którzy byli tam długo przed nami. W jadłodajni, w której jedliśmy najczęściej, znaleźliśmy w menu pozycję „Plackiziemniaczane”. Napisane z niewielkim błędem przyrządzane były jednak mistrzowsko: chrupiące na zewnątrz, delikatne w środku – jak obiad u babci w cieniu tropikalnej palmy. Gdy z kolei sprzedawcy kokosów powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski, ten ucieszył się jak dziecko, pokazał nas żonie i matce i zaczął wymieniać imiona swoich polskich przyjaciół: Agnieszka, Ola, Marcin, którzy mieszkali u niego siedem lat temu. Szybko i my zaprzyjaźniliśmy się ze sprzedawcą o wdzięcznym imieniu Nilkamal, co znaczy niebieski kwiat lotosu. Nilkamal zaprosił nas do domu, pokazał najlepsze miejsce na wyspie do pływania z rurką i dawał do spróbowania różne ciekawe okazy kokosów, na przykład młody kokos, który wypuścił już kilka liści – mleko w środku zamienia się wtedy w ciekawą w smaku, delikatną piankę.
Kokosy sprawiały nam zresztą wiele radości na Neil. Spadały co chwila z rosnących wszędzie palm, Rafał nauczył się je nawet otwierać przy pomocy muszli i kamienia. Spytaliśmy raz chłopaków z wyspy, czy wiele osób zostaje uderzonych takim spadającym kokosem. Usłyszeliśmy, że tylko dziesięć lat temu jedna turystka zginęła od kokosa, a poza tym nie ma wypadków tego typu, bo po pierwsze przecież palma ma oczy i widzi, gdzie zrzuca orzech, a po drugie Bóg jest dobry i nie rzuca w ludzi kokosami ot tak. Naszym zdaniem niebezpieczeństwo jest jednak całkiem realne, a wszelkie tłumaczenia to tylko wymówki leniwych wyspiarzy, którym nie chce się wdrapywać na palmy i usuwać dojrzałych kokosów. Wybaczamy im jednak – my podczas pobytu na Andamanach także zwolniliśmy tempo, dni stały się do siebie rozkosznie podobne. Zajmowaliśmy się głównie jedzeniem tropikalnych specjałów i jeżdżeniem na rozklekotanych rowerach pomiędzy plażami nr 1 (doskonały cień w ciągu dnia, pyszny biały piasek), nr 2 (trochę dużo indyjskich turystów, ale żaden koral nie przeszkadza w pływaniu nawet przy odpływie), nr 3 (najbardziej malownicza z przechyloną palmą, niemal bezludna przez cały dzień), nr 4 (dość silne fale, ale naturalna formacja skalna w kształcie mostu naprawdę imponująca) czy nr 5 (najlepsza do pływania, także z rurką). Po drodze obserwowaliśmy uważnie ptaki i inne zwierzęta – blisko połowa występujących na Andamanach gadów, ptaków i ssaków to gatunki nie występujące nigdzie indziej na świecie.
Jedynym smutnym aspektem pobytu na wyspach było to, że pozwolenie wbite w paszport kończyło się pewnego dnia, a z nim musiał się skończyć nasz tropikalny sen. I tak zmieniliśmy swoje pierwotne plany i przesunęliśmy termin powrotnego biletu o dwa tygodnie, ale długości pozwolenia zmienić nie mogliśmy. W Port Blair spotkaliśmy się jeszcze z Sabeshem, komandorem podporucznikiem marynarki wojennej, którego poznaliśmy pierwszego dnia tuż po przylocie. Mieliśmy wtedy okazję zobaczyć jak żyją oficerowie z rodzinami w odgrodzonej od reszty miasta bazie. To było najczystsze miejsce w Indiach jakie widzieliśmy z eleganckimi chodnikami, oświetleniem, równymi trawnikami, zaciszne, wyposażone w sale gimnastyczne, baseny, korty tenisowe i inne wygody, o których przeciętnym zjadaczom chapati nawet się nie śniło.

Pierwsze zdjęcia z Andamanów

Opublikowano Indie | 2 komentarzy

Uttar Pradesh – diament w kupie śmieci

Bharatpur zaplanowaliśmy jako przystanek, gdzie przez kontakt z naturą mieliśmy nabrać sił na najbardziej intensywne przeżycie w Indiach – spotkanie z Agrą. Niestety rowerowa przejażdżka po parku narodowym i oglądanie setek gatunków obecnych tam ptaków nie mogło się odbyć z uwagi na nasze dalsze kłopoty zdrowotne.
Z niedającym za wygraną przeziębieniem Ewy i nowo nabytym przez Rafała zatruciem pokarmowym wyruszyliśmy do Agry.
Gdyby nie obecność według niektórych najpiękniejszego budynku na świecie – Taj Mahal – mało kto zapewne odwiedzałby Agrę. Dość szybko miasto to uplasowało się na niechlubnym pierwszym miejscu w rankingu najbrudniejszych odwiedzanych przez nas miejsc. Okolice dworca autobusowego to pola śmieci; wielkie połacie odpadów wyglądają dosłownie, jakby ktoś uprawiał tam stare, plastikowe torebki. Urodzaj godny najżyźniejszej, wulkanicznej gleby.
Zamieszkaliśmy w całkiem schludnym hotelu, z dala od turystycznego centrum, właściwie w centrum bazaru. Poziom hałasu (klaksony, krzyki, warkot pojazdów i jeszcze więcej klaksonów) w ciągu dnia przekraczał granice naszej wytrzymałości. Skutecznym zagłuszaczem okazał się telewizor, który znacznie ułatwiał nam wspólne chorowanie.
Po dwóch leniwych dniach stan Ewy uległ poprawie, lecz zatrucie Rafała kwitło w najlepsze. Zdecydowaliśmy się więc na wizytę w szpitalu. Nauczeni doświadczeniem z Varkali nie spodziewaliśmy się fajerwerków, ale to, co zastaliśmy przerosło nasze najśmielsze obawy. Wnętrze szpitala ze sterylnością nie miało nic wspólnego, na środku obskurnego korytarza stało biurko i parawan – izba przyjęć. Gdzie nie spojrzeć widoki raczej wybijające z głowy chorowanie – karaluchy, wiadro moczu tuż przy biurku, chorzy leżący na korytarzach. Wywiad z pacjentem (ponoć najważniejszy element diagnozy) przebiegał dość nietypowo. W trakcie wysłuchiwania opowieści Rafała o ciężkich bólach brzucha, lekarz obsłużył pięciu innych pacjentów, w tym skutego kajdankami więźnia, któremu kazał się przy wszystkich rozebrać do rosołu. Na pytania „Czy Pan mnie słucha?” nie było odpowiedzi, natomiast dość szybko pojawiła się recepta na leki. Zdruzgotani poziomem obsługi opuściliśmy szpital, mając nadzieję, że może samo przejdzie.
W końcu przyszedł czas na oczekiwaną już od wielu tygodni wyprawę do Taj Mahal. Gdy człowiek stoi u bram tego cudu świata, nie zatrzyma go nawet rażąca niesprawiedliwość dotycząca cen biletów (Hindus płaci 20 rupii, turysta – 750). Bilet kupiony, jeszcze tylko rewizja bagażu i kontrola wykrywaczem metali, już w tle za wielką bramą czai się widok bardzo znajomy, lecz na swój sposób nowy, żywy. Sama brama, wielka budowla w stylu mogolskim, byłaby zapewne wielką atrakcją niejednego indyjskiego miasta, lecz praktycznie nie dostrzega się jej – wzrok wpatrzony jest nieruchomo w sylwetkę Taj Mahal przybliżającą się z każdym krokiem. Serce zaczyna bić szybciej. Jeszcze tylko kilka metrów… i jest, nic już nie zasłania majestatu i ogromu Taj Mahal. Niby budowla widziana na setkach pocztówek, filmów czy zdjęć, ale nic nie jest w stanie oddać tego, co czuje się stojąc naprzeciw niej. Zachwyt i wzruszenie podobne są raczej do tych towarzyszących przy podziwianiu cudów natury, jakichś zapierających dech w piersiach krajobrazów, a nie budynku. Oboje w ciszy i bezruchu napawaliśmy się przez długie minuty ogromem i delikatnością Taj Mahal; słowa były zbędne, a trudy podróży i złe samopoczucie na ten czas odeszły w zapomnienie.
W środku grobowca nie ma nic szczególnego, natomiast cały teren otaczający kompleks jest miejscem tak kontrastującym z rzeczywistością poza płotem, że aż trudno uwierzyć, że to wciąż Indie. Niespotykaną w tym kraju rzeczą jest tak duża, uporządkowana przestrzeń bez śmieci, po której ludzie poruszają się wyznaczonymi ścieżkami, słowem – Ameryka.
Następnego dnia wsiedliśmy w pociąg do Chennai – trzydziestogodzinna przejażdżka przez pół Indii, skąd mieliśmy udać się do raju.
Post scriptum. Opisujemy od czasu przyjazdu do północnych Indii brud jaki tu zastaliśmy. Staraliśmy się znaleźć organizację charytatywną do zakładki Pomóż, która tym problemem by się zajmowała, jednak okazało się to trudniejsze niż myśleliśmy. Na naszą uwagę zasłużyła jedynie organizacja Clean India, łącze do strony dodamy do zakładki Pomóż.

Pierwsze zdjęcia z Uttar Pradesh

Opublikowano Indie | 1 komentarz