Serbia, Macedonia, Grecja – zagubiony post i prolog kolejnej wyprawy

ZDJĘCIA TUTAJ


Tour de France (bez niedozwolonych substancji!) trwa w najlepsze. Trzyosobowy, kolorowy peleton przemierza kolejne kilometry przy akompaniamencie klaksonów i krzyków dopingujących. Co chwilę z wyprzedzającego nas samochodu wychyla się uśmiechnięta twarz, wyciągnięta zostaje dłoń z kciukiem do góry. Z mijanych kawiarni słychać pełne okrzyki „Brawo, brawo!”, a gdy okazuje się, że jesteśmy z Polski, entuzjazm jest jeszcze większy – słyszymy „O! Bracia nasi!”. W takiej atmosferze pedałuje się lekko, z uśmiechem na ustach – czujemy, że bierzemy udział w czymś wyjątkowym, czujemy, że nasz wysiłek zostaje doceniony. Połykamy kolejne kilometry, coraz częściej przebywamy dziennie odległość trzycyfrową, mimo że nie odmawiamy sobie przyjemności. Tutaj kąpiel w basenie, tam wycieczka do gorących źródeł, staraliśmy się możliwie najpełniej korzystać z uroków gościnnej Serbii. Widocznie nogom przywykłym już do pedałowania mniejszy problem sprawiały pokonywane dystanse i bez żadnego kłopotu jak w siedmiomilowych butach przemierzamy coraz większe odległości. Jazda już tak w krew nam weszła, że gdy robimy dzień odpoczynku brakować zaczyna roweru, ruchu, ciężej zasnąć i apetyt mniejszy.
Pożegnanie z Serbią to początek prawdziwych gór (w Polsce i Słowacji właściwie nie wjeżdżaliśmy wyżej niż 600 m n.p.m.), ale to nie one utrudniały najbardziej podróż. Zmorą dla rowerzystów przemierzających Wielką Nizinę Węgierską i pobliskie tereny jest koszawa – wiatr – legenda. Nie wierzcie informacjom encyklopedyczno-internetowym, które próbują w logiczne ramy ująć nasilenie i kierunek tego wiatru. Rzeczywistość jest zupełnie inna i dużo prostsza – koszawa wieje bez przerwy i zawsze w kierunku przeciwnym do jazdy. Gdy już za plecami zostawialiśmy bezkresne równiny, na do widzenia koszawa zafundowała nam sto kilometrów przeprawy przez mękę. Przez cały dzień mieliśmy wrażenie, że pedałując z całej siły, w miejscu stoimy. Kolana od mocnego naciskania na pedały posłuszeństwa zaczęły odmawiać, ale jak na zbawienie przyszły… góry. Osłoniły one strudzonych kolarzy od wiatru i dawały gwarancję, że teraz za każdy wysiłek (podjazd) będzie nagroda (zjazd), koszawa wysiłek kolejnym wysiłkiem wynagradzała.
Droga złej jakości (wybraliśmy żwirową trasę biegnącą równolegle do przepełnionej TIRami drogi krajowej) wiodła przez wiejskie i bezludne krajobrazy. Jechaliśmy wzdłuż rzeki w otoczeniu bujnej roślinności, wdychaliśmy świeże powietrze o zapachu papryki i pomidorów. W pewnym momencie właściwie bez żadnego płynnego przejścia zmieniło się wszystko wokół nas. Podejrzewaliśmy, że w dzwonku ktoś nam ukrył funkcję teleportu, której nieopacznie użyliśmy, bo nagle znaleźliśmy się w… Azji Centralnej. U mijanych osób na próżno szukaliśmy słowiańskich rysów, bujną roślinność zastąpił step, na okolicznych wzgórzach widać było dziesiątki minaretów, zamiast pomidorów i papryki czuliśmy zapach wypalonej słońcem trawy i ziemi tęskniącej za deszczem. Malowniczość tego niecodziennego krajobrazu podkreśliła obecność małego chłopczyka przemierzającego okolicę na osiołku. Okazało się, że powód zmian był dużo bardziej prozaiczny. Mimo że przejeżdżaliśmy kilkanaście kilometrów od granic administracyjnych Kosowa znaleźliśmy się na terenach zamieszkałych przez Albańczyków, co przypadkowo nałożyło się ze zmianą ukształtowania terenu i roślinności. Po raz kolejny podróż obnażyła naszą ignorancję, nie wiedzieliśmy, że miejsca o tak orientalnym uroku znajdziemy w Europie.
Po Serbii przyszedł czas na Macedonię. Pierwszą noc spędziliśmy w Kumanowie w podejrzanej renomy staromodnym hotelu, w którym przy łóżkach stały popielniczki i prezerwatywy. Będąc jeszcze w trakcie śniadania, zostaliśmy poproszeni o wyniesienie rzeczy z pokoi, ponieważ przyszli kolejni „goście” – jedna z wielu par, jaka pojawiła się tam z samego rana. W Skopje wybraliśmy już dużo przyzwoitsze lokum w hostelu nad miastem.
Macedonia już od wjazdu chwaliła się na każdym kroku swoim honorowym obywatelem – Aleksandrem Macedońskim, którego zresztą za swojego uważają także Grecy. W stolicy na głównym placu postawiono w ostatnich latach kilka całkiem sporych pomników stylizowanych na stare z antycznymi bohaterami na koniach. W czasie naszego pobytu niektóre zresztą kończono. Wyglądało to dość komicznie – za wszelką cenę miasto miało wyglądać na stare i o długiej tradycji. Wynik niestety był dość groteskowy. Dużo bardziej autentycznie przedstawiały się modły muzułmanów, podczas których mężczyźni zamknęli wszystkie sklepy i tłumnie w ciszy zaczęli modlić się wprost na chodniku. Centrum opustoszało, ucichło. Po kilku chwilach wszystko wróciło do normy i jak gdyby nic się nie stało wszyscy wrócili do swoich obowiązków.
W Macedonii pobiliśmy własny rekord wytrzymałości – zarówno psychicznej, jak i fizycznej. W ciągu jednego dnia wspięliśmy się z poziomu około 400 m n.p.m. do ponad 1400 m n.p.m. i osiągnęliśmy najwyższy punkt naszej wycieczki – jezioro Mavrovo. Nie skorzystaliśmy z namów panów w ciężarówkach na podwózkę i pokonaliśmy cały dystans na niemal najlżejszych przerzutkach, co jakiś czas pochłaniając tylko kolejną porcję wysokokalorycznych posiłków. Widoki nam wszystko wynagrodziły, czego niestety nie mogliśmy powiedzieć o noclegu. Temperatura spadła do kilku stopni, taniej agroturystyki nie znaleźliśmy, więc marzliśmy na kość w polarach, kocach, śpiworach i namiotach. Na szczęście rano nie musieliśmy się bardzo męczyć, ponieważ na dystansie około 20 kilometrów prawie nie ruszaliśmy nogami – trzeba było tylko czasem przyhamować na zakrętach.:)
Dojechaliśmy, a raczej zjechaliśmy do granicy z Albanią, Peshkopi już niemal wychylało się zza rogu, ale na kilkanaście kilometrów przed bramami tego miasta, jeszcze w Macedonii zmieniliśmy zdanie i stwierdziliśmy, że jedziemy do Grecji. Widocznie nasze kłamstwa po drodze (w Serbii nie wypadało mówić, że jedziemy do Albanii, więc udawaliśmy, że celem jest Grecja) tak weszły nam w krew, że nie dało się już tego odkręcić. Zamiast tego zobaczyliśmy piękną Ochrydę i tam właściwie technicznie rzecz biorąc skończyła się nasza rowerowa podróż. Zabukowaliśmy bilety do Warszawy z Aten i różnymi innymi środkami transportu w ciągu półtora dnia przenieśliśmy się do Aten. Nie polecamy nikomu jazdy autobusem, samochodem czy pociągiem z rowerem w tamtych okolicach. Użeranie się z konduktorami i szukanie łaskawych kierowców, którzy pomogą nam się przeprawić przyprawiło naszą wycieczkę o jedne z najnieprzyjemniejszych momentów.
Ostatnie pięć dni wyprawy spędziliśmy w Atenach, racząc się pistacjami, dojrzałymi figami, migdałami, frapuccino, sokiem z pomarańczy oraz nieprzyzwoitymi ilościami oliwek i fety. Zwiedziliśmy także Akropol, świątynię Zeusa i inne antyczne budowle, których opisy na tablicach pod nimi bardzo nas jednak zawiodły. Turysta mógł bowiem liczyć na suche informacje o dacie powstania budowli, jej zniszczenia i ogólnej charakterystyki, brakowało natomiast najciekawszej części poświęconej przeznaczeniu czy ciekawostkom historycznym. Odwiedziliśmy także pobliską kamienistą plażę, aby opalić kontrastująco blade elementy zasłonięte podczas sześciotygodniowej podróży.
W Atenach zaskoczyła nas liczba narkomanów, prostytutek i otwartość, z jaką oddawali się swoim rozrywkom oraz pracy. W okolicy, w której mieszkaliśmy, codziennie rano mijaliśmy ludzi ze strzykawkami wprost na krawężnikach, a wieczorem nierzadko siedzieli w tych samych miejscach z dość niecodziennymi minami. Policjanci zdawali sobie nic z tego nie robić – zazwyczaj prężyli dumnie muskuły na skrzyżowaniach, niezauważając degręgolady mającej miejsce kilkanaście metrów od nich.
20 września spakowaliśmy manatki, dojechaliśmy na lotnisko autobusem (pracownicy metra akurat strajkowali) i po doszczętnym rozkręceniu rowerów wsiedliśmy do samolotu do Warszawy, tym samym kończąc naszą rowerową przygodę.
Ale uwaga uwaga, nic straconego! Po długiej przerwie i spóźnieniu z ostatnim postem powracamy w wielkim stylu – jedziemy do Maroka na rowerach. Jesteśmy już we Wrocławiu, niestety bez niezastąpionego Maciusia i znów przebieramy pedałami. Także, jak to mówią, stay tuned.;)

Opublikowano Grecja, Macedonia, Serbia | 4 komentarzy

Węgry, Serbia – teatr snów i autostop sensu stricte

Węgry żegnaliśmy jak dobrych przyjaciół, z którymi nie zamieniliśmy co prawda zbyt wielu słów, ale za to dużo się do siebie uśmiechaliśmy. Lengyel, magyar – két jó barát – znają to wszyscy i stosują skrupulatnie.
W Serbii mimo wszystko pod jednym względem odetchnęliśmy z ulgą – wróciliśmy w rejony języka słowiańskiego. O tyle, o ile w węgierskich miastach nie odczuwaliśmy bariery językowej, o tyle na wsiach nie uświadczyliśmy beztroskich rozmów o życiu z rolnikami, które zawsze tak cenimy.
Droga od granicy do Suboticy na dużym odcinku rozpieściła nas ścieżką rowerową. Na miejsce dojechaliśmy już po zmroku i jedynym miejscem na nocleg jakie udało nam się znaleźć w granicach naszego budżetu był podejrzanie wyglądający hotelik prowadzony przez jeszcze bardziej podejrzanie wyglądających dwóch mięśniaków o silnym, rosyjskim akcencie. Byli oni na szczęście aż przesadnie mili, jedynie kiedy Rafał szczerze powiedział, że jedziemy do Albanii powietrze na moment zgęstniało, a panowie spojrzeli na nas z ukosa. Jeden z nich wycedził „why you want to go there?”, ale Rafał jakoś wybrnął z opresji (na szczęście o zniżkę zapytał już wcześniej), ale wtedy po raz pierwszy przekonaliśmy się, że bałkańskie niesnaski to nie historia. Od tamtej pory jak jeden mąż mówiliśmy, że jedziemy do Grecji.
Rano spakowaliśmy się wcześnie, Ewa zrobiła sobie w centrum zdjęcie z popiersiem ukochanego pisarza Danilo Kisa urodzonego w Suboticy i popędziliśmy dalej. Wieczór zastał nas we wsi Lipar, w której akurat odbywał się ogromny festyn, prawdopodobnie z okazji zakończenia wakacji. Naszym sposobem udaliśmy się w stronę kościoła w poszukiwaniu miejsca na rozbicie namiotu. Budynek za kościołem okazał się jednak być nie plebanią a domem kultury, w którym za jeden uśmiech i dużą czekoladę z orzechami na całą noc dostaliśmy zupełnie na wyłączność… salę teatralną. Odnieśliśmy w Liparze także pierwszy sukces w zakresie obdarowywania ludzi, którzy pomogli nam na drodze, ponieważ jak dotąd wszystkie oferowane przez nas piwa, czekolady i bombonierki lądowały w naszych brzuchach.
Następnego dnia dojechaliśmy do dawnej stolicy kulturowej Serbii – Nowego Sadu. Miasto absolutnie nas zachwyciło, zabudową nasuwając skojarzenia z takimi architektonicznymi potęgami jak Praga czy Kraków. Dzięki wyjątkowej uprzejmości pewnego pana udało nam się znaleźć nocleg w hostelu zaaranżowanym w przestronnym mieszkaniu, w którym mieszkaliśmy praktycznie sami. W Nowym Sadzie zrobiliśmy sobie także małą przerwę od rowerów i przez jeden dzień regenerowaliśmy się na pobliskiej Fruszkiej Górze, słynącej z monastyrów zbudowanych z dala od miasta w celu uchronienia serbskiej kultury przed siejącymi zniszczenie Turkami. Kupiliśmy tam wino, które okazało się być rakiją, najedliśmy się śliwek z przydrożnych drzew i powitaliśmy w konkursie bycia dla nas miłym nowego uczestnika. Kiedy szliśmy boczną dróżką w stronę przystanku autobusowego zatrzymał się obok nas pan w samochodzie popularnej w Serbii marki Yugo i zapytał, czy nie podwieźć nas do Nowego Sadu. Na dodatek poczęstował nas swoimi gruszkami i poratował kontaktem do sklepu w Belgradzie z chyba jedyną w kraju baterią do Canona 40D, której akurat dość pilnie potrzebowaliśmy. Jak się okazuje – w Serbii autostop łapie się sam (jak sama nazwa wskazuje).
Jednych z najlepszych uczestników konkursu uprzejmości spotkaliśmy już następnego dnia w Beszce, gdzie potrzebowaliśmy się pilnie rozbić ze względu na zmrok. Zamiast w namiotach spaliśmy jednak w luksusowym pokoju z prywatną łazienką, z brzuchami pełnymi drożdżówek ze śliwkami, szarlotki i rakiji. O 6 rano gospodyni zaparzyła nam wyborną kawę, plasując tym samym rodzinę z Beszki na jednym z pierwszych miejsc. Czuliśmy się prawdziwie rozpieszczeni jako bracia Polacy, niemal jak członkowie rodziny, na których czekano na miejscu z tymi drożdżówkami i pokojem. Chcieliśmy się odwdzięczyć chociaż rakiją z Fruszkiej Góry, ale zakończyło się to kompletnym fiaskiem, bowiem zmuszeni byliśmy zatrzymać swoją i jeszcze zapakować do sakw butelczynę od rodziny.
Dzięki kawie gospodyni już koło 12 dojechaliśmy do oddalonego o około 50 km Belgradu, w którym natychmiast dorwaliśmy się do najprawdopodobniej jedynej wegetariańskiej jadłodajni w całej Serbii. Pod względem ilości zjadanego mięsa Serbowie wyprzedzają chyba nawet Polaków – przy wielu sklepach mięsnych mają nawet gotowe rożny, w których krwawe kawały można natychmiastowo po zakupie przyrządzić i schrupać.
W Belgradzie spędziliśmy pół dnia, które okazało się zbyt krótkie, aby znaleźć jakiekolwiek ciekawe miejsce, oprócz nadrzecznej wyspy Ciganlija. Wieczorem, wyjeżdżając z Belgradu na drodze spotkaliśmy kolarza, który celem pokazania nam kempingu przeciągnął nas po górskiej serpentynie o 150 metrów wyżej nad poziom morza, a gdy kemping okazał się nie istnieć, grzecznie się ulotnił. Zostaliśmy więc sami na szczycie góry w ciemnościach, ale niezawodny w takich sytuacjach Rafał szybko odnalazł miejsce na namiot w ogródku pana, który za młodu w czasach komunizmu pracował w Warszawie, a później Iraku, o czym po serbsku nam przez 2 godziny opowiadał.
Nasza dalsza trasa prowadziła przez Smederevo, w którym Rafał zamienił swoją malutką polską flagę z roweru na wielką flagę Serbii u ulicznego handlarza arbuzami. Nie wiedzieć czemu chłopakowi ogromnie zależało na naszej umazanej smarem i błotem fladze. Kolejną noc spędziliśmy w Jagodinie w apartamencie przemiłych państwa, a następną u jeszcze milszych ludzi w Aleksinacu. W jakiś niezrozumiały dla nas sposób rozczuliło ich, że kupiliśmy sobie na kolację chleb, trochę sera i 3 pomidory, więc dorzucili nam jeszcze całą siatkę papryk, pomidorów i ogórków, a także domowej roboty biały ser i cały słój ajwaru – bałkańskiej pasty z papryki. Tak najedzeni ruszyliśmy do Niszu, w którym planowaliśmy kolejny dłuższy przystanek. Słyszeliśmy bowiem pogłoski, że na Bałkanach są jakieś góry, które jednak jak dotąd udało nam się omijać. Na południe od Niszu mapy pokazywały jednak, że będziemy musieli wrzucić lżejsze przerzutki, więc woleliśmy się dobrze zregenerować.

Zdjęcia

Opublikowano Serbia, Węgry | Skomentuj

Polska, Słowacja i Węgry – po pachnących drogach w stronę puszty

Do Przemyśla dotarliśmy trochę szybciej niż planowaliśmy, więc musieliśmy jedną noc przeczekać w schronisku młodzieżowym, zanim nasza gospodyni z Couchsurfingu, Magda, mogła nas przyjąć. I dobrze się stało – poranne pobudki o godzinie 6-7 i wielogodzinne pedałowanie skutecznie uniemożliwiało nam wysypianie się – teraz nie musieliśmy się nigdzie spieszyć. Nieśmiałe promienie słońca otworzyły nasze powieki dopiero koło godziny 10, w buzi charakterystyczny smak wyspania. Po tak pięknym początku dnia było już tylko lepiej, dzięki gościnności i uczynności Magdy, jej brata Kuby i ich superpozytywnej mamy. Konkurs bycia dla nas miłym trwa w najlepsze – wystawne kolacje (np. hreczniaki, czyli kotlety z kaszy gryczanej, popijane dereniówką), ekskluzywne zwiedzanie niedostępnego dla innych (z powodu remontu) przemyskiego zamku itp. Jeden z wieczorów zakończyliśmy degustacją piw regionalnych nad brzegiem Sanu. Ten nielegalny w naszym kraju proceder zwany jest Sanówką.

Przemyśl to pięknie położone na wzgórzach miasto pełne uroku. Wszyscy byliśmy zdziwieni, że w tak małym miasteczku (65 tysięcy mieszkańców) tyle jest wielkomiejskości zarówno w architekturze, jak i samej jego atmosferze.

Przemyśl chyba też nas polubił i nie chciał żebyśmy wyjeżdżali. Spakowani w pełnym rynsztunku wyruszyliśmy w stronę Słowacji i po przejechaniu 5 km w ulewnym deszczu i temperaturze 10 stopni zmuszeni byliśmy zostać jeszcze jedną noc, by po uzupełnieniu bagażu o ciepłe ubrania wyruszyć dopiero dnia następnego. W strugach deszczu dotarliśmy do zamku w Krasiczynie. W tych murach zapisana jest historia wielu kluczowych dla Polski wydarzeń. Nocowało w nim czterech królów Polski; Jan Kazimierz nawet osobiście sadził niektóre z orientalnych drzew w zamkowym parku. Znajdował się on w rękach tak znakomitych polskich rodów jak Krasiccy, Sapiehowie czy Potoccy. Niestety, podczas wojny został praktycznie w całości rozgrabiony i zniszczony przez żołnierzy rosyjskich, a po wojnie był niedbale konserwowany (jeden z właścicieli, firma FSO, zalała przez przypadek betonem sekretne, podziemne przejście) i od dwudziestu lat konserwatorzy dwoją się i troją, by przywrócić mu dawne oblicze.
W zamku trafiliśmy na ciekawy kąsek dla amatorów literatury podróżniczej – książkę „Lasy Ituri”. W niej to Leon Xiążę Sapieha, jeden z właścicieli zamku w Krasiczynie, opisuje swoje wyprawy na tereny Konga Belgijskiego, gdzie rodzina Sapiehów posiadała plantacje kawy. Bardzo ciekawe zestawienie tworzy ta książka ze wspomnieniami Kazimierza Nowaka. Obie podróże rozpoczęły się w końcu lat dwudziestych minionego stulecia, ale jakże odmienne były to style podróżowania – Xiążę Sapieha z toną (!) bagażu i tabunem służących przemierzał w lektyce Kongo, Kazimierz Nowak w tych samych stronach samotnie przedzierał się rowerem nierzadko bez wystarczających zapasów wody i żywności. Różne jest także nastawienie autorów do miejscowej ludności – u Nowaka widać pełne szacunku, czasem nawet podziwu, nastawienie do tubylców, przez które od czasu do czasu przebija charakterystyczny dla tamtych czasów brak politycznej poprawności; Sapieha zaś bez wahania nazywa czarnego człowieka dzikusem i dziwi się, że fabryki oleju palmowego zapewniają swoim niewolnikom dach nad głową i opiekę medyczną. Wartość poznawcza obu wspomnień jest znacznie większa po ich porównaniu.

Góry. Właściwie dwa dni zajęło nam pokonanie gór i nie było źle. Jeden kilkunastokilometrowy podjazd dał nam przedsmak tego, co czeka nas w Serbii, Czarnogórze i Albanii. Rower załadowany do granic możliwości wolno wtacza się na wzniesienia, przydałoby się jeszcze kilka lżejszych przerzutek. Łatwo jednak zdobyć siłę na każde następne naciśnięcie na pedał, gdy wiadomo, że gdzieś, za kilka kilometrów dominować będą zjazdy i „za darmo” połykać będziemy kolejne kilometry. Po przekroczeniu Słowackiej granicy właściwie jechaliśmy już tylko w dół. Rower sam ciągnął na południe, a my biernie obserwowaliśmy przemijający szybko krajobraz i chłodziliśmy rozgrzane ze zmęczenia ciała w podmuchach wiatru.

Całą Słowację z północy na południe przemierzyliśmy zaledwie w dwa dni, więc niewiele poza malowniczymi górskimi krajobrazami zobaczyliśmy. Wypiliśmy jednak słowackie piwo i spróbowaliśmy smażonego sera także pobyt uznajemy za zaliczony. Kilka luźnych spostrzeżeń:
1) liczba Romów w odwiedzanych przez nas rejonach znacznie przekracza średnią dla Słowacji
(oficjalnie 2 procent ludności) – mieliśmy wrażenie, ze co najmniej co trzecie gospodarstwo domowe to gospodarstwo romskie. Słowacy (przez nas spotkani) raczej Romom nie ufają. Domostwa poogradzane, psy pospuszczane z łańcuchów. Przynajmniej psy na tym wszystkim korzystają.
2) przy drogach rośnie tyle jabłoni, że mamy wrażenie, że reguluje to jakaś państwowa ustawa. Jabłka, nawiasem mówiąc, pyszne.
3) drogi w Słowacji to dla rowerzysty miła odmiana po drogach polskich. Okazuje się, że można w podobnym klimacie drogę tak zbudować (lub konserwować), aby była równiutka i pachnąca (jabłuszkami).
Najważniejszym spostrzeżeniem było jednak to, że Słowacy też biorą udział w konkursie! Trafiliśmy pewnego wieczora do wioski Malcice. Przy samym wjeździe Rafał zwrócił uwagę na niebieski dom i zaproponował, abyśmy spytali gospodarzy o możliwość przenocowania. Postanowiliśmy jednak najpierw postąpić zgodnie z naszą wycieczkową tradycją i zapytać w kościele. Ksiądz akurat prowadził mszę, więc poprosiliśmy w sąsiadującym gospodarstwie o możliwość rozbicia namiotu. Gospodyni była troszkę niechętna do momentu, gdy dowiedziała się, że przebyliśmy na rowerach już ponad tysiąc kilometrów i mamy zamiar jechać jeszcze spory kawałek. Chyba poczuła, że ma szansę stać się częścią czegoś wyjątkowego i ochoczo wskazała nam do rozbicia miejsce przy starej cerkiewnej szkole. W międzyczasie skończyła się msza. Nie rozbiliśmy jeszcze namiotów i obserwowaliśmy ludzi opuszczających kościół w oczekiwaniu na lepszą możliwość, której nadejście prognozował Rafał. Wtem zatrzymała się przy nas starsza pani i zapytała, czy wpadniemy do niej na kawę. Wiemy, że niegrzecznie jest odmawiać, więc powiedzieliśmy, że owszem wpadniemy, ale na herbatę, bo na kawę za późno. Staruszka zaprowadziła nas do niebieskiego domu, który rzucił nam się w oczy na początku wsi. Tam zaopiekowali się nami mąż i syn owej kobiety, racząc nas (w kolejności występowania) śliwowicą, śliwkami, gołąbkami (odmówiliśmy, mimo że nie ładnie, bo były z mięsem), kanapkami z pomidorami, śliwowicą, kanapkami z papryką, śliwowicą i herbatą. Gdy już czuliśmy, że następna porcja śliwowicy uniemożliwi nam sprawne przedostanie się do zostawionych przy cerkiewnej szkole rowerów, wstaliśmy i dziękując, zaczęliśmy opuszczać posesję. Natychmiast otrzymaliśmy propozycję rozbicia namiotu w ogródku i skorzystania ze wszelkich udogodnień domu. I stało się, niebieski dom okazał się naszym przeznaczeniem, lepsza możliwość spadła z nieba, a Rafał został wycieczkowym wróżbitą.
Gdy wróciliśmy po rowery zastaliśmy przygotowane dla nas materace i wygrabiony w celu rozbicia namiotów teren pod szkołą. Do tego ławkę, na której ułożono niedbale pozostawione przez nas wcześniej jedzenie. Serce nam się krajało, gdy musieliśmy powiedzieć gospodyni, która tak się starała, że spać będziemy jednak przy niebieskim domu… ludzie są po prostu zbyt mili :) . Z rodziną z niebieskiego domu zjedliśmy rano wspólne śniadanie, dostaliśmy następnie na drogę dwie siatki pomidorów, papryk, gruszek, jabłek i śliwek. Kilka pamiątkowych zdjęć i pożegnanie jak z najlepszymi znajomymi. Właśnie dla takich chwil warto pojechać na rowerze do Malcic – miejsca, o którym wzmianki nie ma na pewno w żadnym przewodniku.
Już następnego dnia przybijaliśmy sobie piątki za przekroczenie kolejnej granicy. Węgry od początku nas rozpieszczały – fantastyczna ścieżka rowerowa wzdłuż głównej szosy praktycznie do samego miejsca pierwszego noclegu. Oj tak, Panie i Panowie, Węgry rowerami stoją (a właściwie jadą) – ścieżki rowerowe w każdej miejscowości, parkingi dla rowerów przy każdym sklepie, urzędzie, szkole, sklepy z częściami i fachowiec od roweru w co drugiej wiosce, a do tego kraj poza nielicznymi wyjątkami płaski jak stół. Czego chcieć więcej?
Po krótkiej wizycie w przepełnionym turystami Tokaju, gdzie nie omieszkaliśmy spróbować pysznego białego wina, ruszyliśmy w stronę puszty. Węgierska wielka równina była jednym z miejsc, które od dawna planowaliśmy odwiedzić. Dla wielbicieli zróżnicowanych krajobrazów jest tam niewiele atrakcji, ale nas patrzenie w dal na bezkresne łąki uspokajało i pomagało w odzyskaniu wewnętrznego, medytacyjnego spokoju. Nie mieliśmy pojęcia, że tak wielki jest to obszar, że od momentu wpłynięcia rowerem na suchego przestwór oceanu przez setki kilometrów będziemy oglądać jego toń. Nawet miejscowości rozsiane dużo rzadziej niż w Polsce czy Słowacji jakoś skrzętnie poukrywane są wśród nielicznych drzew puszty i nie widać ich nawet z odległości kilometra. Uczucie pustki i wrażenie nieskończoności przywołały nam na myśl fotorealistyczne obrazy poznanego w Malezji artysty Chen Wei Meng (polecamy gorąco ludziom znajdującym piękno w monotonnych, bezludnych krajobrazach).
Jedną z najciekawszych nocy od początku wyprawy była ta właśnie spędzona na stepie. Rozbiliśmy namiot w miejscu, gdzie wokół (poza jednym domostwem) widać było tylko bezkres traw. Gdy zaszło słońce, z pomocą gąbki i litra wody na osobę wzięliśmy najpyszniejszą kąpiel w naszym życiu – tak jak nas Pan Bóg stworzył pod niebem, na którym więcej gwiazd już by się nie zmieściło. Człowiek miastowy nie zna takiego nieba albo widzi je od święta. Jakże bogatsze życie mają ci, którzy co noc spotykają się z ogromem Wszechświata. Step i gwiazdy kusiły na tyle, że namioty przez noc pozostały puste, a my chrapaliśmy przykryci pierzyną z gwiazd, mając za poduszkę łono Matki Natury.

W drodze do Szegedu Polacy postanowili przypomnieć, że w konkursie bycia miłym dla nas liczą na wysoką lokatę. Nie mogliśmy znaleźć żadnego noclegu w rozsądnej (dla nas) cenie i trochę bezradnie kręciliśmy się po mieście. Na parkingu zobaczyliśmy ponad 20 samochodów z toruńskimi rejestracjami. Okazało się, ze Geofizyka Toruń prowadzi tam badania geologiczne i mają w swoich szeregach wspaniałą panią tłumaczkę, która wyprosiła o przydzielenie nam (niedostępnego dla nas wcześniej) pokoju w promocyjnej cenie i objęła nas matczyną opieką. Oj ciężko będzie z werdyktem w konkursie…

Informacja: z Przemyśla zrobiliśmy sobie wycieczkę do Lwowa (autobusem), a z Debreczyna do Budapesztu (pociągiem) i było fajnie, ale jakoś więcej o tym nie napisaliśmy.:)

Zdjęcia

Opublikowano Polska, Słowacja, Węgry | Skomentuj

Polska – genealogia i nadbużańskie cuda

Wyruszyliśmy dnia 27 lipca 2012 roku. W ciągu dwóch tygodni przemierzyliśmy 930 kilometrów wśród przepięknych krajobrazów Polski zielonej, dzikiej, serdecznej, pełnej bocianów i świeżego powietrza. Przeciwnikom podziału Polski na wschodnią i zachodnią mówimy stanowcze nie! Polskę wschodnią należy wyróżnić, oddzielne uhonorować, gdyż pod wieloma aspektami reszta kraju może się od niej wiele nauczyć.

Pierwszym jest gościnność. Jeszcze dwa tygodnie temu myśleliśmy, że słynna polska gościnność występuje tylko jako frazeologizm, a faktycznie od gościnności szwajcarskiej, indyjskiej czy meksykańskiej różni się tylko położeniem geograficznym. Gościnność wschodniopolska to jednak zupełnie inna bajka, to übergościnność, dzięki której czujemy się jakby trwały mistrzostwa świata w byciu miłym dla nas. Wszyscy – od podpitego pana Józka spod sklepu monopolowego w Bohukałach przez Krzyśka, prezesa stowarzyszenia Rowerowy Lublin, do goszczących nas w swoich progach księży czy gospodarzy – starają się swoimi słowami i czynami umilić nam życie. Możliwości finansowe są być może na wschodzie wciąż trochę mniejsze w porównaniu z resztą kraju, ale serca ludzi z pewnością są bardziej otwarte. Zaobserwowana w Azji odwrotnie proporcjonalna zależność między ilością posiadanych dóbr a chęcią dzielenia się nimi i tu ma swoje zastosowanie. Gdybyśmy przyjmowali każde zaproszenie na kawę, ciasto, nocleg lub odwiedziny, prawdopodobnie do końca życia kręcilibyśmy pętle po województwach podlaskim i lubelskim. Przykłady niespotykanej uprzejmości można mnożyć w nieskończoność: koło osiemdziesięcioletnia pani Antosia z miejscowości Hanna na naszą wizytę specjalnie przygotowała tort; mama wspomnianego wcześniej Krzyśka, u której zaparkowaliśmy rowery, na nasz przyjazd zaserwowała dwa rodzaje herbaty i 3 rodzaje ciasta, a na pożegnanie wyściskała nas jak swoich; ksiądz Łukasz przebywając y z dzieciakami z oazy w Krypnie zabronił nam rozbijać namiot i zaprosił do domu pielgrzyma, oferując kolację tak obfitą i wystawną, że przywołała nam na myśl Wigilię wśród rodziny, na którą, nawiasem mówiąc, czekamy już od 3 lat.

Drugim aspektem jest natura. Z jakichś powodów w czasach Polski Ludowej w tym rejonie kraju nie ulokowano praktycznie żadnego przemysłu ciężkiego, co spowodowało, że od lat powietrze i woda są tu niespotykanie czyste. Na wschodzie Polski nie ma również wielkich miast ani szlaków transportowych dzięki czemu Matka Natura nie musiała tak jak w innych częściach Europy toczyć walki z ciemiężąca ją cywilizacją.

Podczas podróży staramy się wybierać drogi mało ruchliwe (o które tutaj nie trudno); jedziemy głównie wśród łąk, pól i lasów… Ach! Cóż to są za lasy! Puszcza Knyszyńska, lasy Biebrzańskiego Parku Narodowego, Roztocze i oczywiście białowieska królowa puszcz – wjeżdżając na te tereny czuje się, że przyroda ma tu siłę, że nie jest zaledwie małym, ocalałym kawałkiem lasu wciśniętym między miejskie aglomeracje czy obszary rolne. Człowiek tutaj inaczej wypoczywa, lepiej się wysypia, mniej męczy. Panie i Panowie – to płuca Polski, oddychać takim powietrzem to zaszczyt! Wśród przebogatej flory wschodu spotkać można różnorodność przedstawicieli świata zwierząt – żubry, łosie, jelenie, sarny, wilki, borsuki, jenoty, susły, bobry, żurawie, zaskrońce i wiele, wiele innych. Obcowanie w takim towarzystwie (nawet jeśli mieszkańcy lasu są zbyt nieśmiali, by się ujawnić) to magiczne przeżycie.

Kolejnym aspektem wyróżniającym Polskę wschodnią na tle reszty kraju jest jej wielokulturowość. Próżno szukać w naszej Ojczyźnie innych rejonów, gdzie obecnych byłoby tyle religii, grup etnicznych i języków.

Spodziewaliśmy się, że dawne cerkwie zostały już przechrzczone na kościoły katolickie lub są zabytkami w skansenach. Nasza ignorancja została brutalnie obnażona, gdy w każdej kolejnej mijanej w niedzielę wiosce widzieliśmy cerkwie pełne ludzi, kościołów jakie znamy z naszych terenów nie było wcale. Dumni jesteśmy z tej różnorodności i cieszymy się, że lokalni mieszkańcy przez lata opierają się unifikacji z resztą społeczeństwa polskiego, co pewnie byłoby dla nich wyborem łatwiejszym, ale jakże szkodliwym dla polskiej kultury.

O różnicach pomiędzy tym, co znamy ze stron rodzinnych, i tym, co spotkaliśmy na wschodzie, można pisać jeszcze długo. Akcent, kuchnia (fantastyczne dania z kaszy gryczanej!), architektura, uprawy rolne, forma terenu… – to inny świat. Świat gościnny, piękny i różnorodny; świat, który w dwa tygodnie skradł nasze serca na zawsze. Lista miejsc, do których musimy wrócić na dłużej rozrasta się w zastraszającym tempie. Nie mamy wątpliwości, że takiego skarbu nie da się długo utrzymać w sekrecie przed rzeszami turystów, mamy tylko nadzieję, zostawią oni tę krainę niezmienioną i uszanują  jej unikatowość.

Podróż po terenach wschodniej Polski była dla nas też powrotem do korzeni. Połowa naszych dziadków i babć pochodzi z tych rejonów. Rafał miał okazję spotkać nieznaną wcześniej rodzinę, która ugościła nas w małej wsi na końcu świata z taką dawką serdeczności i opiekuńczości, że trudno nam było oprzeć się namowom na dłuższy pobyt. Odwiedziliśmy groby nieznanych przodków i poznaliśmy kilka rodzinnych ciekawostek. Przy herbacie w miejscowości Hanna dowiedzieliśmy się na przykład, że serca Ewy babci o mało nie skradł amant z wioski obok. Były też ściśle tajne opowieści, których ujawnić nie możemy, ale gwarantujemy, że każda rodzina ma ich wiele, więc na rower i dalej badać historię rodu.

Z Przemyśla udajemy się w góry, gdzie poddana ostatecznej próbie zostanie siła naszych mięśni nóg. Trzymajcie kciuki!

Zdjęcia

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Polska – streszczenie przeszłości i nowe pomysły

Żyjemy! Wszystkich tych, którzy zaglądali tu przez długie miesiące w oczekiwaniu na wieści od nas serdecznie przepraszamy za ich brak. Jesteśmy szczęśliwi, że tak wiele osób domaga się naszych opowieści, nie spodziewaliśmy się, że nasz podróżniczy notatnik cieszy się taką popularnością.
Kilka słów usprawiedliwienia. Podczas naszego pobytu w Malezji bez reszty pochłonęło nas życie codzienne, rutyna. Plecaki kurzyły się powieszone na kołku i tylko raz na jakiś czas udawało nam się zabrać je na jakieś krótkie przewietrzenie. Naszemu podróżniczemu zastojowi towarzyszył zastój piśmienniczy – w Malezji zdarzyło się wiele, ale obowiązki życia codziennego odbierały nam czas i ochotę na pisanie. Wiedzieliśmy, że nadejdzie ten dzień, kiedy cały dobytek znów spakujemy w dwa sześćdziesięciopięciolitrowe pakunki, z których powiew przygody zdmuchnie gromadzony długimi miesiącami kurz.
Wszystkie wydarzenia, które miały miejsce od ostatniego posta do dnia dzisiejszego mamy nadzieję opisać na tym blogu jako reminiscencję, więc czytelnik może spodziewać się między innymi wspominek ze święta Thaipusam, Hongkongu, Makao czy Birmy. Chcielibyśmy w krótkim opowiadaniu również streścić naszą historię malezyjską – rok czasu spędziliśmy w tym tropikalnym (k)raju, który na zawsze umościł sobie wygodne, cieplutkie miejsce w naszych serduszkach. W czerwcu 2012 roku wyjechaliśmy stamtąd w dalszą podróż. Pierwszym przystankiem była Polska w trakcie Mistrzostw Europy, gdzie po półtorej roku nieobecności wróciliśmy jako turyści-kibice. Po obowiązkowych spotkaniach z rodziną i przyjaciółmi zaczęły się przygotowania do obmyślonej już w Malezji wyprawy rowerowej na Bałkany. Uznaliśmy, że lepiej przekazywać wiadomości na bieżąco, a zaległości w opowiadaniach nadrabiać w długie, zimowe wieczory (zapowiada się, że tę zimę w odróżnieniu od poprzednich spędzimy w Ojczyźnie), dlatego to właśnie opisy rowerowej wycieczki w stronę Adriatyku będą tematem kolejnych wpisów.
Po kupnie rowerów, skompletowaniu sprzętu i krótkim treningu nie pozostało nam nic innego niż znalezienie dokładnego celu naszej wyprawy, bo, jak sama nazwa wskazuje, wyprawa bez obranego celu jest bezcelowa. Zawiązaliśmy więc Ewie oczy i położyliśmy przed nią na stole atlas otwarty na mapie Bałkanów. Po kilku ósemkach i kółeczkach paluszek wylądował w Albanii, w mieście Peshkopi. 13 sekund i cel znaleziony, wyprawa z bezcelowej zmieniła się w wyprawę przez duże wu. Radość nas rozpiera, bo chodzą słuchy, że w mieście Peshkopi „nic nie ma”, a każdy kto kiedykolwiek udawał się w nieznane wie, że to właśnie w takich miejscach jest najwięcej frajdy. W międzyczasie do listy uczestników wyprawy dopisał się nasz serdeczny kolega Maciek, który w odróżnieniu od wszystkich innych osób wcześniej dopisujących się do list naszych wypraw, naprawdę z nami pojechał. Pragnieniem naszym było poznanie nieodkrytej dotąd przez nas Polski wschodniej, dlatego zacząć postanowiliśmy z Ełku. Obawialiśmy się po prostu, że z Gdańska do Peshkopi moglibyśmy nie zdołać dojechać. I tak z połączenia planu i spontaniczności narodziła się Pierwsza Światowa Wyprawa Rowerowa Ełk – Peshkopi, której opisem będziemy drogiego Czytelnika zamęczać. Miłej lektury!

Opublikowano Polska | Skomentuj

Malezja – o tym, jak ciastka powaliły imperium mongolskie i o kilku innych sprawach

Jeżeli rajem można określić miejsca, w których stołowanie się w knajpach jest tańsze, niż gotowanie w domu, w których przy zwyczajnej pensji można wynająć dom z ogrodem lub apartament z basenem, w których cały rok jest ciepło, a deszczowe dni wita się z ulgą i wreszcie, w których kontrolerzy biletów są uśmiechnięci i nie kłopoczą kontrolą śpiących pasażerów, to Kuala Lumpur ze spokojnym sumieniem możemy do takich miejsc zaliczyć. Małym druczkiem opisalibyśmy jedynie pierwszy punkt: oczywiście nie wszędzie w mieście można zjeść za pół darmo. Miłośnicy niskobudżetowej lokalnej kuchni powinni wybierać miejsca „pod chmurką” – w całym KL (jak wszyscy tu skracają nazwę miasta) jest ich pewnie setki. Jedno z naszych ulubionych, tuż przy naszym domu, serwuje dosę – placek z soczewicy i ryżu podawany z aromatycznymi sosami curry i czatnejem na bazie kokosa – za jedynego ringgita (w czasie pisania postu około 97 groszy). Do tego za kolejnego ringgita można zamówić teh tarikh – herbatę ze słodkim mlekiem i delikatnym, korzennym aromatem i kolacja gotowa. Obiady są nieco bardziej kosztowne – za 4-5 ringgitów można zakupić posiłek w systemie nielimitowanych dokładek, składający się z ryżu i różnego rodzaju sosów (w zależności od miejsca od trzech do nawet dwunastu). Curry z kwiatów bananowca, marynowane tofu czy grzybowo-sojowe przysmaki z ziołami i egzotycznymi warzywami brzmią jak wytworne dania dla koneserów, ale ich także można skosztować w odpowiednich miejscach za nie więcej niż 5-6 ringgitów.
W sierpniu w Kuala Lumpur miały miejsce dwa bardzo ważne religijne wydarzenia związane z siódmym miesiącem księżycowym: Ramadan oraz chińskie święto głodnych duchów. Jeszcze na poprzedniej podróży nasłuchaliśmy się od różnych turystów bardzo ciekawych historii o podróżowaniu w krajach muzułmańskich w czasie Ramadanu. Mówiono nam, że kierowcy autobusów niemal mdleją z głodu na długich, międzymiastowych trasach, że wszyscy mają nerwy na wierzchu i na domiar złego wszystkim brzydko pachnie z ust, bo prawdziwy muzułmanin od wschodu do zachodu słońca nie może nic włożyć do ust, a tyczy się to również gumy do żucia i pasty do zębów. Ba, najzagorzalsi ponoć nie łykają nawet śliny.
Jak wygląda to w praktyce u wszystkich muzułmanów oczywiście nie wiemy, ale możemy przytoczyć przykład jednej ze znajomych w naszym wieku, która jest muzułmanką i zadeklarowała, że będzie pościć w Ramadanie. Przez pierwsze kilka dni nie pościła, gdyż miała okres – kobiety w trakcie okresu, dzieci i ludzie chorzy pościć nie muszą. Potem nastąpiło kilka dni przepisowego postu, ale później, zazwyczaj wczesnym popołudniem, pokusy brały górę i nieszczęśnica zapalała papierosa lub wypijała kawę. W jej odczuciu wciąż pościła, chociaż nie w 100%. Należy tutaj zaznaczyć, że uprawiane przez nas właśnie wchodzenie z butami w czyjeś religijne postanowienia muzułmaninowi nie przystoi. Jedną z głównych i powszechnie szanowanych reguł islamu jest zasada nieoceniania bliźniego i nieinteresowania się jego relacjami z Allachem.
Około godziny 18 muezin wzywając do modlitwy, dawał również znak, że słońce już zaszło i można zasiadać do stołu. Wszyscy nagle sięgali do toreb i plecaków po przekąski, kupowali co bądź w sklepach spożywczych lub pędzili na kolacje ze znajomymi i rodziną.
Byliśmy pełni podziwu dla tych najściślej przestrzegających postu: niejedzenie może nie jest aż tak uciążliwe, jednak odmawianie sobie szklanki wody przy 35 stopniowym upale to prawdziwe poświęcenie. My postu nie przestrzegaliśmy, ale świąteczną atmosferę czuliśmy mimo wszystko. Gdzie nie spojrzeć paliły się kolorowe lampki, wszystko było przyozdobione plecionkami z wikliny i kolorowego papieru, zewsząd wołał napis „Hari Raya” – w dosłownym tłumaczeniu wielki dzień. Jest to dwudniowe podsumowanie Ramadanu, podczas którego w każdym domu gotuje się wykwintne potrawy i zaprasza wszystkich znajomych. Panuje podobna do naszej wigilijnej tradycja – tego dnia muzułmanie przyjmują w swe progi każdego, kto zechce przyjść i się najeść, nawet jeżeli pierwszy raz widzą go na oczy. Domy premiera i innych oficjeli także są otwarte. W tym roku premier Malezji (według jednego z tutejszych dzienników) przyjął około 200.000 gości. Każdy dostał poczęstunek i mały prezent.
Równolegle z Ramadanem Chińczycy celebrowali miesiąc głodnych duchów. Według nich siódmy miesiąc księżycowy szczególnie stymuluje duchy do odwiedzania ziemskiego padołu i przeszkadzania ludziom. Aby uniknąć nieprzyjemnych spotkań z istotami z zaświatów Chińczycy co wieczór wystrzelali fajerwerki zostawiali dary w postaci jedzenia, picia, świeczek i kadzideł w różnych miejscach. Przechadzając się po dzielnicy, można było odnieść wrażenie, że miał mieć miejsce festiwal nocnego piknikowania, ale wszyscy uczestnicy uciekli jeszcze przed ucztą: ryże z kurczakiem, makarony, Coca-Cola i piwo z wetkniętymi słomkami i przygotowanymi sztućcami w nastrojowym otoczeniu świec czekały na trawie na pożarcie przez duchy. Te z kolei albo posilały się jedynie metafizyczną częścią owych darów, albo przychodziły pod postacią bezpańskich zwierząt, albo były przez te zwierzęta świętokradzko ubiegane.
Mieliśmy przyjemność obchodzić jeszcze jedno chińskie święto związane z księżycowymi ciasteczkami (z angielskiego Moon Cakes). Owe ciasteczka w czasie konfliktu chińsko-mongolskiego odegrały niebagatelną rolę. W zupełnie tajny sposób pomagały przenosić zaszyfrowane informacje. Każde kwadratowe ciasto opatrzone chińskimi znakami można podzielić na równe ćwiartki. Wtajemniczeni dzielili w ten sposób kilka ciastek, następnie układając ćwiartki w sobie tylko znanej konfiguracji, odszyfrowując tym samym tajny przekaz. Święto w dzisiejszych czasach sprowadza się głównie do najprzyjemniejszej części, mianowicie spożywania tychże ciastek (lub jeżeli ktoś woli: zacierania śladów konspiracji).
W chwili pisania postu jesteśmy w przede dniu święta Deepavali, najważniejszego dla Hindusów. Po Chińczykach (ponad 30%) to druga co do wielkości mniejszość w Malezji (8%), więc zapowiadają się huczne obchody. Te jednak opiszemy w kolejnym poście, razem z innymi przeżyciami z Kuala Lumpur, którymi chcielibyśmy się podzielić.

Opublikowano Malezja | 6 komentarzy

Nepal i Malezja – u progu nowego życia

Po trekkingu przyszedł czas na intensywny wysiłek umysłowy: co dalej? Chcieliśmy zatrzymać się gdzieś na dłużej, odpocząć przed dalszą podróżą i podreperować budżet. Pokhara była dobrym miejscem do rozmyślań – mieliśmy stały dostęp do Internetu, przytulny pokój i ogromny wybór miejsc na pikniki, podczas których konsumowaliśmy własnoręcznie zrobione kanapki i inne przysmaki, przy okazji rozmyślając o naszych planach. Jeszcze przed wyjazdem z Polski rozważaliśmy dłuższy przystanek w Chinach, gdzie ponoć praca dla nauczycieli angielskiego leży na ulicy. Ale oczywiście, żeby utrudnić sobie zadanie, zaczęliśmy brać pod uwagę także inne kierunki, głównie Australię i Malezję. Australia kusiła nas fortuną zbitą na prostych pracach (nawet Niemcy jeżdżą tam zbierać szparagi!), z kolei stolicę Malezji zapamiętaliśmy jako najbardziej standardem życia zbliżoną do Europy, a jego kosztami zdecydowanie do Azji.
Po rozesłaniu kilku e-maili rozpoznawczych z zapytaniem o możliwość pracy Ewa dostała kilka bardzo zachęcających odpowiedzi z Kuala Lumpur, więc wybór padł na Malezję, mimo głosów od lokalnej Polonii sugerujących, że jechanie „w ciemno” i znalezienie czegoś do „mission impossible”. I niech Czytelnik nie myśli, że podjęcie decyzji przyszło nam tak łatwo. Cały proces streszczamy co prawda w kilku zdaniach, ale nie był on bułką z masłem. Do podjęcia decyzji potrzebnych było kilka pikników i kilkanaście kanapek z serem!
Po zabukowaniu biletu (rozważaliśmy drogę lądową, ale wszelkie warianty okazały się zbyt kosztowne, zwłaszcza że granice lądowe z Myanmarem są zamknięte, więc i tak musielibyśmy szukać jakichś połączeń lotniczych) udaliśmy się autostopem do portu wylotu – Katmandu. Lot trzynastego (na całe szczęście była to środa) liniami Nepali Airlines nie należał do najspokojniejszych – samolot od samego startu wydawał przeraźliwe dźwięki. Na domiar złego większość czasu lawirował pomiędzy ogromnymi burzowymi chmurami, które regularnie rozbłyskiwały pięknym, choć niepokojącym fioletowym światłem.
Gdy o wschodzie słońca kółeczka samolotu dotknęły malezyjskiej ziemi z ulgą odetchnęliśmy. Cali i z drowi przylecieliśmy z wielkimi nadziejami do azjatyckiej metropolii, którą chcieliśmy poznać dogłębnie i wtopić się w jej codzienne życie. Na lotnisku uświadomiliśmy sobie, że oto wróciliśmy z indyjskich odmętów brudu i nepalskich czeluści bałaganu z powrotem do cywilizacji. Przeżyliśmy ciężki, acz pozytywny szok, gdy zobaczyliśmy o 6 rano sprzątaczkę, która zamiatała podłogę lotniska czystszą niż niejeden indyjski talerz. Dopiero teraz dotarło do nas jak zaniedbane były tego typu miejsca użyteczności publicznej na subkontynencie i jak bardzo zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Błyskawiczna misja aklimatyzacji w Kuala Lumpur zakładała jak najszybsze znalezienie mieszkania, podjęcie pracy, kupienie nadających się do pracy ubrań, a także zainstalowanie łącza internetowego do tłumaczeń Rafała. „Mission impossible” ze stuprocentowym sukcesem zrealizowaliśmy w 5 dni – w niecały tydzień po przylocie siedzieliśmy już w świeżo wynajętym kondominium w dzielnicy Taman Desa, a Ewa rozpoczęła współpracę z jedną z największych prywatnych galerii sztuki w Malezji.
Pierwsze dni w nowym mieszkaniu upłynęły nam na gruntownych porządkach. Poprzedni lokator, Libijczyk, wyjechał w popłochu do swojego kraju, gdy rozgorzały tam protesty antyrządowe, i ewidentnie nie miał czasu posprzątać… nie tylko przed wyjazdem. Wygląd kuchni świadczył, że częstotliwość z jaką ów człowiek smażył potrawy na głębokim tłuszczu znacznie przewyższała normę. Dość powiedzieć, że szafki nawet w środku pokryte były lepko-tłustą warstwą oleju z kurzem. Po tygodniowej batalii prowadzonej każdego wieczora z gąbką i ścierką w dłoniach oraz detergentami na podorędziu doprowadziliśmy tę stajnię Augiasza do stanu używalności.
Chcieliśmy jak najszybciej uregulować swój dług wdzięczności wobec społeczności związanej z projektem Couchsurfing, więc już kilka dni po wprowadzeniu się przyjęliśmy pierwszych gości – Elise i Otto. Było to nasze pierwsze doświadczenie w roli gospodarzy, bardzo z resztą mile przez nas wspominane. Tuż po Elise i Otto zawitali do nas w drodze z Filipin do Japonii nikt inny tylko nasi przyjaciele ze szlaku, Paweł i Sebastian. Spędzili z nami kawał czasu, gdyż mieli wyjątkowe nieszczęście nie zostać wpuszczonymi na samolot do Japonii, musieli więc przebudować bilet i czekać na kolejny lot. W międzyczasie dzięki nim poznaliśmy nieco malezyjską Polonię, udało nam się także wspólnie świętować 220. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja na raucie wydanym przez ambasadora w luksusowym hotelu. Były kryształowe żyrandole, orzeł wyrzeźbiony w lodzie, pierogi , zrazy, sery i, a jakże, wódka. Okazało się, że w KL żyje kilkudziesięciu Polaków; zostaliśmy ciepło przywitani jako nowi w mieście.
W momencie pisania tego postu właściwie zbieramy się do wyjazdu do Singapuru, który pozwoli nam przedłużyć pobyt w Malezji o kolejne 3 miesiące. Nie mogliśmy sobie lepiej wymarzyć tego przystanku w podróży: mieszkamy w czystym, ciepłym mieście, Rafał dostaje wciąż nowe zlecenia tłumaczeń, Ewa dość znacznie awansowała i nabiera cennego doświadczenia w interesującej ją dziedzinie. Dostaliśmy kolejne potwierdzenie od losu, że warto podejmować spontaniczne decyzje i nie bać się marzyć i, co ważniejsze, tych marzeń realizować. Dokładnej daty powrotu na szlak jeszcze nie znamy, ale już snujemy dalekosiężne plany podboju nieznanych nam jeszcze terenów. Ale niech Czytelnik nie obawia się większego przestoju w prowadzeniu bloga – w KL i okolicach działo się i dzieje wiele ciekawych rzeczy, które opiszemy w następnym poście.

Opublikowano Malezja, Nepal | 4 komentarzy

Wielki Konkurs na Paisai

Na naszej Facebookowej stronie szczegóły.
Zapraszamy!

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Nepal – himalajska świątynia mamony

Ponoć są ludzie, którzy przyjeżdżają do Nepalu w celach turystycznych i nie idą w góry. Ich motywacje nie są nam znane, bo przecież nawet przecięty polski emigrant zarobkowy wie, że Himalaje (i tu cytat z jednego emigranta) „może nie są najwyższe, ale też są fajne”. Na miejscu szybko się okazało, że nie dość, że Himalaje faktycznie są fajne to – uwaga, uwaga – są też najwyższe. Nawet podróżujący z nami Sebastian i Paweł, bądź co bądź magistrzy geografii, nie mogli opanować zdziwienia.
Jeśli chodzi o nasze plany, to mimo niezbyt wielkiej miłości Ewy do wysokogórskiej wspinaczki, zdecydowaliśmy się pozostać w głównym nurcie turystycznym i zostawić ślady naszych trekkingowych butów na himalajskim szlaku.
Pokhara – dzielnica Lakeside. Miejsce, które przestałoby istnieć, gdyby usunąć z niego sklepy ze sprzętem górskim, informacje turystyczne, kafejki internetowe, restauracje i inne przygotowane tylko z myślą o turystach przybytki. Gdyby przestało istnieć, pozostałby malowniczy teraj okalający urokliwe sztuczne jezioro, gdzie pasą się wodne bawoły, dookoła widać zalesione pagórki, a w oddali śnieżne szczyty łańcucha Annapurny. Taki krajobraz można zobaczyć już kilkaset metrów za Lakeside, jednak sama dzielnica to turystyczne urwanie głowy. Kto był na ulicy Khao San w Bangkoku i myśli, że nie ma bardziej zmienionego przez turystykę miejsca na świecie, mówiąc krótko, myli się. Lakeside i Khao San dzieli kolosalna, himalajska, chciałoby się powiedzieć, przepaść. Khao San – dwustumetrowa ulica przepełniona barami, restauracjami, pękająca w szwach od naganiaczy, prostytutek, sprzedawców fałszywych dokumentów i pseudo-tajskiego jedzenia, którego nigdzie poza tą ulicą się nie dostanie i którego Tajlandczyk z obrzydzania do ust nie weźmie – wciąż prowadzi w niechlubnym rankingu na największą degrengoladę spowodowaną turystyką. Jednak jeśli chodzi o obszar i stopień kontrastowania z otoczeniem – Lakeside przebija rozmachem tajską uliczkę, jak wenecki Rialto przebija Most Kamienny w Kaliszu. Lakeside to cała dzielnica stworzona po to, by turysta choć na moment nie obawiał się, że nie będzie miał na co wydać swoich oszczędności. Biedny chcąc się wyrwać z tej świątyni mamony najpewniej dostanie pęcherzy na stopach od długiego marszu nim uda mu się za plecami zostawić wszystkie sklepy z artykułami turystycznymi i rękodziełem.
Szczęśliwie ulokowaliśmy się na skraju Lakeside i kilka kroków dzieliło nas od spokojnych pastwisk okalających jezioro i kilkaset metrów od prawdziwej Pokhary, w której na człowieka o białej karnacji patrzono tak, jak zapewne patrzyliby mieszkańcy gdańskiej Oliwy na wałęsające się pomiędzy domami żyrafy czy słonie. Po kilku dniach intensywnych przygotowań mentalnych polegających w głównej mierze na jedzeniu kanapek z serem na śniadanie, piciu świeżo wyciskanych soków i leniwych przechadzkach po mniej turystycznych rejonach miasta, a także po zaopatrzeniu się w niezbędny ekwipunek – śpiwory puchowe, polary i nareszcie sprawny turystyczny palnik gazowy – pozostało tylko kupić horrendalnie drogie zezwolenia dla samodzielnych piechurów (Ci, którzy idą z przewodnikiem płacą dużo, dużo mniej), zostawić niepotrzebne rzeczy w pensjonacie i gotowi byliśmy do zaczęcia himalajskiej przygody.
Zdecydowaliśmy się na trekking wokół łańcucha Annapurny. Turyści korzystający z usług agencji pokonują trasę w 12-18 dni w zależności od wybranego punktu początkowego i końcowego. My wykupiliśmy zezwolenie na 44 dni mając nadzieję, że uda nam się spędzić trochę czasu z lokalną ludnością, może popracować na zasadzie wolontariatu w jednej z wysokogórskich wiosek.
Niestety, nasze oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością szybko i to w dość brutalny sposób. Na palcach jednej ręki pracownika tartaku z długoletnim stażem policzyć można mieszkańców wiosek, którzy nie postrzegali nas jedynie jako mięsno-kostne etui dla wypełnionego dolarami portfela. Większość wiosek była zbudowana dla turystów – składała się wyłącznie z pensjonatów, brak było w nich zwykłych domów, świątyń, zagród dla bydła… Czytelnik już sam zapewne domyśla się, że trudno w takich okolicznościach znaleźć kogoś, kto zaprosi do domu, poczęstuje herbatą i łamaną angielszczyzną z prawdziwego zainteresowania poprosi o kilka opowieści o dalekim europejskim kraju. Zgubiła nas prawdopodobnie naiwność – teraz, pisząc te słowa wiemy, że nie należało się spodziewać, że uczęszczany od dziesiątek lat szlak pozostawi lokalną kulturę niezmienioną. Liczyliśmy jednak, że w wioskach oddalonych nieznacznie od szlaku lub takich, w których nie zatrzymują się zorganizowane grupy, będzie można zaobserwować choć trochę autentycznego, nepalskiego życia, zwłaszcza że wybrany przez nas szlak był reklamowany jako najlepszy dla miłośników kultury. Autor tego stwierdzenia zapomniał pewnie dodać, że chodzi o szeroko pojętą europejsko-amerykańsko-izraelską napływową kulturę turystyczną.
Gdy po kilku dniach marszu zdaliśmy sobie sprawę, że z dwóch czynników decydujących o wyborze szlaku – kultury i natury – pozostał nam tylko jeden, wytężaliśmy nasze zmysły, by chłonąć to, co nam pozostało – zapierające dech w piersiach nepalskie krajobrazy. I niech to, Drogi Czytelniku, nie brzmi jak nagroda pocieszenia! W tym aspekcie nasze oczekiwania zostały zaspokojone z wielką nadwyżką. Przez kolejne dnie obserwowaliśmy jak wraz ze wzrostem wysokości bambusowe lasy liściaste, pola ryżowe i uprawy konopi powoli ustępują miejsca bujnym lasom liściastym, te z kolei strzelistym sosnowo-cedrowym lasom iglastym. W wyższych partiach dominowały rozległe hale górskie, jedynymi przedstawicielami roślin były karłowate jałowce i pięknie kwitnące w tym okresie rododendrony, aż w końcu i te musiały ustąpić surowym skalistym i śnieżnym krajobrazom. Niestety, mało widzieliśmy przedstawicieli himalajskiej fauny. Brak na szlaku takich okazów jak pantery śnieżne czy mgliste musiały nam wynagrodzić często widziane orły, kilka makaków i barwnych agam.
Z każdym dniem marszu coraz bardziej cieszyliśmy się ze sposobu zorganizowania tego trekkingu, głównie z faktu, że idziemy samodzielnie – bez przewodnika. Zdecydowaliśmy się na taki wariant nie tylko z powodu oczywistej przyjemności z bycia samemu w górach, lecz również z powodu nieciekawych doświadczeń z przewodnikami i tragarzami podczas wypraw na Fansipan i Mt. Kinabalu. Agencji turystycznych unikamy jak ognia, więc przewodnika musielibyśmy znaleźć samemu. Trudno decydować się na kilkanaście a może kilkadziesiąt dni w czyimś towarzystwie po zaledwie kilkunastominutowej rozmowie. Co więcej, obserwując zorganizowane grupy, widzieliśmy przeróżne sposoby wyciągania jeszcze większych pieniędzy od i tak już przepłacających za całą imprezę turystów. Generalnie rzecz ujmując, przewodnik z każdym na trasie ma swoje układy i układziki, pobiera prowizję tu i tam, niby czasem pomaga się turyście targować, ale dziwnym trafem my bez przewodnika potrafiliśmy uzyskać lepszą cenę.
No właśnie, ceny. Tempo wzrostu cen jakie występuje wraz ze wzrostem wysokości zadziwiłoby nawet mieszkańców Zimbabwe. Litrowa butelka wody, bez której daleko piechur nie zajdzie, w Pokharze kosztuje 10-15 rupii, natomiast powyżej 3000 metrów nad poziomem morza za taką samą butelkę turysta zapłacić musi 180 rupii (czyli prawie 8 złotych). Podobną tendencję wykazują ceny wszystkich artykułów, oczywiście uwzględnić należy dodatkowo „rabat dla obcokrajowca”, jak nazywamy kilkudziesięcioprocentową różnicę pomiędzy racjonalną ceną, którą płacą autochtoni, a ceną astronomiczną oferowaną przyjezdnym. Na szczęście Polak potrafi – nasze wydatki na trekkingu nie wzrosły właściwie wcale w porównaniu z wydatkami na nizinach. Udało nam się to w dużej mierze dzięki dobrym pomysłom naszych towarzyszy, Sebastiana i Pawła, oraz doświadczeniu w targowaniu zdobytym przez ponad rok spędzony na azjatyckim kontynencie. Sposobów na zaoszczędzenie było wiele – od bardzo prostego jak gotowanie czy uzdatnianie wody i samodzielnego przygotowywania posiłków do tych bardziej karkołomnych jak, nie bójmy się tego słowa, kradzież prądu. Powyżej pewnej wysokości w pokojach nie ma gniazdek elektrycznych, jest tylko żarówka. Jeśli chce się skorzystać z kontaktu, należy zapłacić 100 rupii za godzinę. Wiadomo, że w górach każdy chce mieć naładowany aparat fotograficzny i telefon w razie nagłego wypadku, więc kartele ustalające ceny i jednolite zasady we wszystkich pensjonatach na szlaku uznały to za kolejny świetny sposób na wyciągnięcie pieniędzy od turysty. Nie z nami te numery. Błysk geniuszu Sebastiana, kilka metrów kabla, taśma izolacyjna i chwila MacGyverowskich sztuczek sprawiły, że prąd z oprawki żarówki popłynął do ładowarki. I żeby była jasność – nie mamy wyrzutów sumienia. Ten wymysł karteli uważamy za nadużycie. Wynajmując u kogoś pokój nie zamierzamy dopłacać za wiadro ciepłej wody (taką opłatę też chciano na nas wymusić), prąd czy koce. Płacimy i tak juz zbyt wysoką cenę za niskiej jakości usługi i uważamy, że prąd nam się należy. Kropka. Dziękujemy za zrozumienie :) .
Przebieg trekkingu. Po tym jak plecy przyzwyczaiły się do piętnastokilogramowego plecaka szło się bardzo przyjemnie. Tempo spokojne, od wioski do wioski, po 15 kilometrów dziennie; popołudniami spotykaliśmy się z Sebastianem i Pawłem . Wieczory głównie upływały nam na gadaniu głupot i preparowaniu kulinarnych dziwolągów, takich jak ryż na mleku bawolim (gorąco nie polecamy) czy herbata z igieł sosny himalajskiej. Wszystko szło dobrze do momentu kiedy zaczęło robić się naprawdę zimno i okazało się, że pseudo-puchowy śpiwór kupiony w Pokharze nie na wiele się zdaje. Niestety, Ewa przypłaciła to nocne marznięcie solidnym przeziębieniem, które uparło się, by iść z nami do końca i zmieniać nasze plany. Już w Chame na wysokości 2680 metrów musieliśmy zrobić pierwszy nieplanowany przystanek dla poratowania zdrowia. Przy pomocy imbiru, miodu i czosnku postawiliśmy Ewę na nogi na tyle, że w miarę dobrym tempem doszliśmy do Manang (3540 m), gdzie ponownie spotkaliśmy się z chłopakami z Polski. Krótki trekking aklimatyzacyjny w okolicach Manang zwiastował, że może nie być różowo – Ewa miała problemy z oddychaniem, wynikające nie tyle z choroby wysokościowej co z połączenia infekcji dróg oddechowych z małą ilością tlenu. Mimo to zdecydowaliśmy się iść dalej. Następny dzień był dla nas najcięższy. Mimo ambitniejszych planów dotarliśmy tylko do miejscowości Yak Kharka (4010 m) i to i tak z dużym poświęceniem ze strony Ewy. Noc spędzona na tej wysokości była koszmarem – Ewa dusiła się we śnie i co chwilę budziła łapiąc powietrze. Rano musieliśmy podjąć smutną dla nas obojga decyzję o zejściu w dół. Mimo że do przełęczy stanowiącej najwyższy punkt szlaku pozostały nam dwa, może trzy dni, mimo że trasa nie była wymagająca – nie było stromo, śniegu było mało – mimo dobrego przygotowania kondycyjnego, musieliśmy zawrócić. Szkoda, choć z relacji naszych towarzyszy wiemy, że nie straciliśmy wiele poza satysfakcją bycia na jednej z najwyższych przełęczy na świecie. Decyzja była słuszna, bo jak się później okazało Ewa miała zapalenie oskrzeli, z którym ryzykownie byłoby iść jeszcze wyżej. Chciałoby się powiedzieć może następnym razem, ale jeśli kiedykolwiek będziemy znów w Himalajach, na pewno nie wybierzemy się na tak popularny wśród turystów szlak, tylko w jakieś bardziej autentyczne miejsce.
W myśl tego, że podjętej raz decyzji nie należy ponownie rozpatrywać w myślach i że nie należy się przejmować tym, na co nie ma się wpływu, znów zaczęliśmy się cieszyć himalajską wędrówką – tym razem w dół. Wiadomo, że wracanie tą samą trasą nie jest tak ekscytujące, ale ciekawie było obserwować zmiany, jakie w krajobrazie poczyniła wiosna w zaledwie kilkanaście dni. W górach spędziliśmy 17 dni, przeszliśmy 119 kilometrów w górę i 94 w dół. Mimo wielu rozczarowań i kłopotów zdrowotnych był to jeden z ciekawszych momentów naszej podróży. Byliśmy zdani tylko na siebie, z dala od cywilizacji, co bardzo nas do siebie zbliżyło. Zrozumieliśmy też jaką potęgą są wysokie góry i jak wiele poświęceń wymagają one od himalaistów. My zawróciliśmy z czterech tysięcy metrów z zapaleniem oskrzeli, Wanda Rutkiewicz zdobyła ze złamaną nogą dwa razy wyższą Annapurnę…
Po himalajskiej wędrówce wróciliśmy do Pokhary, gdzie czekały nas poważne przemyślenia, o których w następnym odcinku.

Cała lawina zdjęć z trekkingu zasiliła nepalski katalog. Zaktualizowaliśmy też zakładkę Trasa.

Opublikowano Nepal | 3 komentarzy

Nepal – outdoorowy sprzęt i półlegalna marihuana

Stolica Nepalu objawiła nam się jako przeogromne centrum handlowe – kilometrami ciągną się ciasne uliczki wypchane po brzegi sklepami z puchowymi kurtkami, butami trekkingowymi, śpiworami, termiczną bielizną i wszystkim, co tylko wybierający się w góry turysta może sobie wymarzyć. Króluje niepodzielnie marka The North Face, przy czym w dobrej promocji kurtkę z membraną można kupić już od 1500 rupii (około 60 zł). Każdy Nepalczyk w Katmandu ma puchową, markową kurtkę, obowiązkowo do niej równie markowe buty i inne akcesoria.
Na szczęście buty i kurtki kupiliśmy jeszcze w Polsce, więc w ramach przygotowań do trekkingu zaopatrzyliśmy się tylko w wełniane skarpety, czapki i rękawiczki (co prawda bez imponujących metek, ale także wyrabiane lokalnie). Połasiliśmy się jeszcze na oszałamiająco tanią kuchenkę benzynową; ta niestety po jednym zagotowaniu wody na herbatę nie nadawała się już zupełnie do użytku. Po dłuższych pertraktacjach (zjawisko paragonu czy niezbywalne prawo do zwrotu zakupu w ciągu dwóch tygodni nie istnieją) udało nam się zwrócić bubel bez straty pieniędzy.
Do zdecydowanie udanych zakupów zaliczamy natomiast te, które robiliśmy codziennie rano w okolicznych „spożywczakach”. Odkryliśmy bowiem pewnego dnia ukryty w ciemnej uliczce, z dala od turystycznych szlaków sklep z serem – najważniejszym, brakującym składnikiem układanki kanapkowej, którego próżno było szukać w Indiach. Od tego dnia jedliśmy śniadania iście królewskie ( i polskie) w postaci kanapek z sałatą, serem, pomidorem, ogórkiem i nawet, uwaga, uwaga, szczypiorkiem. Jak trzeba cenić takie łakocie ten tylko się dowie, kto przez kilka ładnych tygodni zmuszany był jeść na śniadanie makaron, ryż lub inne dziwne, indyjskie smażone wynalazki.
Prócz zakupowego szału przeżyliśmy jeszcze w Katmandu coś wyjątkowego, lokalnego i autentycznego. Na przełomie 2 i 3 marca, zarówno w Indiach jak i Nepalu, świętuje się Maha Siwaratri – „rocznicę” małżeństwa Bogów Siwy i Parvati. Małe dzieci chodzą wówczas od sklepu do sklepu śpiewając religijne piosenki w nadziei na otrzymanie skromnych datków. W świątyni Pashupatinath w stolicy odbywa się natomiast ogromne zgromadzenie – dziesiątki (niektóre źródła mówią nawet o setkach) tysięcy wyznawców świętują na wiele sposobów. Skalę wydarzenia można porównać do europejskiego sylwestra – tłumy gromadzą się na ogromnym placu, w Pashupatinath brakowało tylko fajerwerków. Siwa nie stronił od zabawy, więc tej nocy wyznawcy hinduizmu także nie stronili, oczywiście w ramach hołdu składanego Bogu. Co chwila mijaliśmy tak zwanych Baba – mężczyzn, których w Polsce uznanoby za życiowych nieudaczników, obdartusów i narkomanów, a którzy przez hinduistów są poważani jako osoby niemal święte. Poznać ich można po pomarańczowym ubiorze, upiętych dredach, kolorowych malowidłach na twarzy, dymiącej się fajeczce z haszyszem w dłoni i mamrotanych pod nosem mantrach. Taki Baba utrzymuje się z żebrania, czasem też błogosławi dotykając głowy delikwenta, za co warto uiścić skromny bakszysz. Podczas święta Siwaratri każdy przechodzący Baba witany jest przez grupki młodych salwami radosnych krzyków. Prawdopodobnie ich radość spotęgowana była przez wypaloną uprzednio marihuanę, która, jak twierdziło wielu zakonspirowanych ulicznych dealerów, była tej nocy legalna. Policji nie pytaliśmy o zdanie, ale sposób, w jaki ów specyfik chciano nam sprzedać mógł świadczyć o tym, że jednak trzeba się z nim ukrywać jak co dzień.
Do głównej świątyni nie mieliśmy wstępu jako nie-hinduiści, mogliśmy jedynie obserwować przerażająco długą kolejkę chętnych do złożenia swoich ofiar w środku. Każdy zdejmował obuwie gdzie popadnie po drodze (do świątyni wchodzi się boso), więc co jakiś czas napotykało się stosy bezpańskich butów, które już zapewne nigdy do swych właścicieli nie wrócą. Ogólny chaos potęgowały grupy ludzi śpiewających i tańczących i krzyczący sprzedawcy dewocjonaliów i jedzenia, do tego w powietrzu unosił się zapach kadzideł i dym z kopców, na których palono zwłoki. Teren otaczający świątynię był ogromny i dopiero kiedy weszliśmy na okoliczne wzgórze zobaczyliśmy, jak wielu ludzi przybyło do Pashupatinath – tłum był dosłownie wszędzie w zasięgu wzroku aż po horyzont, wciskał się w każdy zakamarek. Już po północy powoli zaczęliśmy wracać w stronę hotelu. Wstąpiliśmy jeszcze do jednej z wielu tej nocy otwartych jadłodajni na tutejszą odmianę pączków – wszak z wybiciem godziny dwunastej rozpoczął się polski Tłusty Czwartek i musieliśmy i to święto uczcić w odpowiedni sposób. Nepalski pączek w formie większego obwarzanka z pączkowego ciasta nie umywał się jednak do naszego, ciepłego jeszcze, pączka z dżemem różanym, którego z sentymentem wspominaliśmy tej nocy z Sebastianem i Pawłem.
Po Siwaratri nie mieliśmy już po co dłużej zostawać w niezbyt atrakcyjnym (nie licząc sera) Katmandu, więc odkrywając, jak łatwym i przyjemnym sposobem podróżowania w Nepalu jest autostop ruszyliśmy za jeden uśmiech do Pokhary na spotkanie z Himalajami.

Uaktualniony katalog ze zdjęciami z Nepalu

Opublikowano Nepal | 1 komentarz