Uttar Pradesh – diament w kupie śmieci

Bharatpur zaplanowaliśmy jako przystanek, gdzie przez kontakt z naturą mieliśmy nabrać sił na najbardziej intensywne przeżycie w Indiach – spotkanie z Agrą. Niestety rowerowa przejażdżka po parku narodowym i oglądanie setek gatunków obecnych tam ptaków nie mogło się odbyć z uwagi na nasze dalsze kłopoty zdrowotne.
Z niedającym za wygraną przeziębieniem Ewy i nowo nabytym przez Rafała zatruciem pokarmowym wyruszyliśmy do Agry.
Gdyby nie obecność według niektórych najpiękniejszego budynku na świecie – Taj Mahal – mało kto zapewne odwiedzałby Agrę. Dość szybko miasto to uplasowało się na niechlubnym pierwszym miejscu w rankingu najbrudniejszych odwiedzanych przez nas miejsc. Okolice dworca autobusowego to pola śmieci; wielkie połacie odpadów wyglądają dosłownie, jakby ktoś uprawiał tam stare, plastikowe torebki. Urodzaj godny najżyźniejszej, wulkanicznej gleby.
Zamieszkaliśmy w całkiem schludnym hotelu, z dala od turystycznego centrum, właściwie w centrum bazaru. Poziom hałasu (klaksony, krzyki, warkot pojazdów i jeszcze więcej klaksonów) w ciągu dnia przekraczał granice naszej wytrzymałości. Skutecznym zagłuszaczem okazał się telewizor, który znacznie ułatwiał nam wspólne chorowanie.
Po dwóch leniwych dniach stan Ewy uległ poprawie, lecz zatrucie Rafała kwitło w najlepsze. Zdecydowaliśmy się więc na wizytę w szpitalu. Nauczeni doświadczeniem z Varkali nie spodziewaliśmy się fajerwerków, ale to, co zastaliśmy przerosło nasze najśmielsze obawy. Wnętrze szpitala ze sterylnością nie miało nic wspólnego, na środku obskurnego korytarza stało biurko i parawan – izba przyjęć. Gdzie nie spojrzeć widoki raczej wybijające z głowy chorowanie – karaluchy, wiadro moczu tuż przy biurku, chorzy leżący na korytarzach. Wywiad z pacjentem (ponoć najważniejszy element diagnozy) przebiegał dość nietypowo. W trakcie wysłuchiwania opowieści Rafała o ciężkich bólach brzucha, lekarz obsłużył pięciu innych pacjentów, w tym skutego kajdankami więźnia, któremu kazał się przy wszystkich rozebrać do rosołu. Na pytania „Czy Pan mnie słucha?” nie było odpowiedzi, natomiast dość szybko pojawiła się recepta na leki. Zdruzgotani poziomem obsługi opuściliśmy szpital, mając nadzieję, że może samo przejdzie.
W końcu przyszedł czas na oczekiwaną już od wielu tygodni wyprawę do Taj Mahal. Gdy człowiek stoi u bram tego cudu świata, nie zatrzyma go nawet rażąca niesprawiedliwość dotycząca cen biletów (Hindus płaci 20 rupii, turysta – 750). Bilet kupiony, jeszcze tylko rewizja bagażu i kontrola wykrywaczem metali, już w tle za wielką bramą czai się widok bardzo znajomy, lecz na swój sposób nowy, żywy. Sama brama, wielka budowla w stylu mogolskim, byłaby zapewne wielką atrakcją niejednego indyjskiego miasta, lecz praktycznie nie dostrzega się jej – wzrok wpatrzony jest nieruchomo w sylwetkę Taj Mahal przybliżającą się z każdym krokiem. Serce zaczyna bić szybciej. Jeszcze tylko kilka metrów… i jest, nic już nie zasłania majestatu i ogromu Taj Mahal. Niby budowla widziana na setkach pocztówek, filmów czy zdjęć, ale nic nie jest w stanie oddać tego, co czuje się stojąc naprzeciw niej. Zachwyt i wzruszenie podobne są raczej do tych towarzyszących przy podziwianiu cudów natury, jakichś zapierających dech w piersiach krajobrazów, a nie budynku. Oboje w ciszy i bezruchu napawaliśmy się przez długie minuty ogromem i delikatnością Taj Mahal; słowa były zbędne, a trudy podróży i złe samopoczucie na ten czas odeszły w zapomnienie.
W środku grobowca nie ma nic szczególnego, natomiast cały teren otaczający kompleks jest miejscem tak kontrastującym z rzeczywistością poza płotem, że aż trudno uwierzyć, że to wciąż Indie. Niespotykaną w tym kraju rzeczą jest tak duża, uporządkowana przestrzeń bez śmieci, po której ludzie poruszają się wyznaczonymi ścieżkami, słowem – Ameryka.
Następnego dnia wsiedliśmy w pociąg do Chennai – trzydziestogodzinna przejażdżka przez pół Indii, skąd mieliśmy udać się do raju.
Post scriptum. Opisujemy od czasu przyjazdu do północnych Indii brud jaki tu zastaliśmy. Staraliśmy się znaleźć organizację charytatywną do zakładki Pomóż, która tym problemem by się zajmowała, jednak okazało się to trudniejsze niż myśleliśmy. Na naszą uwagę zasłużyła jedynie organizacja Clean India, łącze do strony dodamy do zakładki Pomóż.

Pierwsze zdjęcia z Uttar Pradesh

Ten wpis został opublikowany w kategorii Indie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Uttar Pradesh – diament w kupie śmieci

  1. Siema. Słowem wstępu chciałabym pogratulować bloga, mówiąc serio, to przyjemnie czyta się zamieszczane tu artykuły. Niewielka liczba ludzi piszących w podobnym temacie może pochwalić się umiejętnością pisania językiem, który ma w sobie to coś, co potrafi przyciągnąć mnie do przejrzenia i skomentowania artykułu. „Uttar Pradesh – diament w kupie Ĺ›mieci | Pai sai” – ten napis już uzupełnił listę moich zakładek :) . Z pewnością jeszcze tu wrócę. Właśnie własnego bloga i zbieram wszystkie wskazówki, które mogą okazać się pomocne. To, co mnie najbardziej martwi, to część techniczna i optymalizacja bloga, która ma sprawić, żeby mój blog cieszył się popularnością.

    Wszystkiego dobrego – Karina Majewska

    P.S. Na jakim skrypcie najlepiej postawić bloga ?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>